niedziela, 5 marca 2017

Rozdział 14. "Atak"

Obudziłam się nim jeszcze zabrzmiał dźwięk budzika. Wyglądając przez okno mogłam zobaczyć słońce wyłaniające się powoli zza koron drzew.
Już teraz mogłam stwierdzić, że dzisiejszy dzień będzie pogodny i słoneczny- zupełnie niepasujący do atmosfery. Wolałabym, żeby padało, żeby ciemne chmury zakrywały całkowicie powierzchnie nieba, a zimny deszcz padał grubymi kroplami na ziemię.
Wiedziałam jednak, że nie mam nieba wyłącznie dla siebie. Nie będzie ono odzwierciedlać tylko moich emocji. Może dla wielu ludzi dzisiejszy dzień będzie dobry?
Westchnęłam głęboko.
W tym momencie wolałabym, żeby ten pokój w ogóle nie miał okien. Radząc sobie jakoś, wstałam ociężale z łóżka i zaciągnęłam grube, ciemne zasłony, dzięki którym w pomieszczeniu zapanował chłodny zmierzch.
Chciałabym, żeby tak samo było też i na zewnątrz.
Zaczęłam wykonywać podstawowe poranne czynności. Obmycie twarzy, umycie zębów, przeczesanie włosów, ubranie się. Te same czynności, które wykonywałam każdego ranka, od wielu już lat. Mimo tego wszystko wydawało się być inne. Wszystko nabrało nagle większego znaczenia. Czy to dlatego, że być może wykonywałam te czynności po raz ostatni? Nie miałam pojęcia, a nie wykrzesałam w sobie wystarczającej odwagi, aby się nad tym zastanawiać. Moje kolana już teraz były jak z waty.
Gdy wytarłam już twarz ręcznikiem, podeszłam do krzesła w kącie pokoju, na którym ułożone były moje ubrania.
Naciągnęłam na siebie krótkie, ciemnobrązowe, niemal czarne spodenki i doczepiłam do nich pokaźną kaburę. Jej zawartość zabrzęczała cicho, gdy mocowałam wiązania, a ciężka gula  wytworzyła się w moim gardle na myśl o tym, że już za kilka godzin będę musiała jej użyć. Odpychając od siebie natarczywe myśli, chwyciłam za ciemną koszulkę na ramiączkach i nałożyłam ją przez szyję. Chłodny materiał przywierał ściśle do mojego ciała, wywołując dreszcz na plecach. Szybko sięgnęłam po luźną, ciemnozieloną bluzę z rękawami tak krótkimi, że nie byłam pewna, czy można było nazwać je rękawami. Nie dawała mi ani trochę ciepła, ale na co dzień skutecznie osłaniała górę ramion przed uporczywym słońcem Suny. Dobrze ukrywała też obecność kabury przy prawym biodrze, przez co stała się nieodłączną częścią mojej garderoby.
Na koniec usiadłam na pustym już krześle i włożyłam na stopy ciężkie, brązowe buty z wycięciem na palce. Sięgały mi niemal do połowy łydek, abym mogła schować w nich dodatkowy nóż i w razie potrzeby wyciągnąć go zręcznie w trakcie walki. Dzisiaj, po raz pierwszy w życiu, umieściłam broń w obu butach.
Gdy stanęłam w końcu przed lustrem, umyta i ubrana, miałam wrażenie, jakbym patrzyła na siebie zza mgły. Wszystko wydawało się być… szare, bez wyrazu. Nawet kolor skóry wydawał się bledszy i odznaczał bardziej wyraźnie niż zwykle. Ponure wnętrze pokoju zdawało się rzucać jeszcze większy cień, niż przed chwilą.
Chłonęłam jednak ten widok, chowałam go w pamięci- każdy nawet najmniej istotny szczegół. Wiedziałam bowiem, że po raz ostatni patrzę na siebie tak jak teraz.
Był tylko jeden sposób na to, aby przetrwać to, co miało się wydarzyć.
Wiedziałam, że jeśli przeżyję dzisiejszy dzień, to jutro będę patrzeć na siebie oczami potwora.

***

Arena przepełniona była ludźmi. Wszyscy wydawali się być podekscytowani, pełni entuzjazmu, gotowi na prawdziwe przedstawienie. Wszyscy oprócz nas, mogłoby się zdawać.
Hatsuo-sensei rzucił na pożegnanie jakieś słabo brzmiące słowa otuchy, ale słychać było, że sam wcale w to nie wierzy. Od samego rana wydawał się być dziwnie nieobecny, więc nie zdziwiło mnie to nawet, że gdy tylko znaleźliśmy się na arenie, sensei zniknął gdzieś w jednym z korytarzy.
Pożegnaliśmy się z Yuki’m, życząc mu powodzenia, choć wiedzieliśmy, że nie będzie miał szansy na walkę w turnieju. Hatsuo-sensei poinformował nas, że wraz ze „zniknięciem” Dosu Kinuty, Yuki stracił przeciwnika przez co jeden z losowo wybranych zwycięzców z pierwszego etapu będzie musiał przeprowadzić dodatkowy pojedynek. Wiedzieliśmy jednak, że drugiego etapu turnieju nie będzie. Atak na Konohę rozpocznie się nim do tego dojdzie.
Hiroto i ja zajęliśmy miejsca w połowie trybun, tuż przy schodach. Na arenie znajdowali się już niemal wszyscy zawodnicy. Brakowało jedynie Naruto Uzumaki’ego i Sasuke Uchihy. Yuki stał w szeregu w absolutnym bezruchu. Zupełnie jakby w ogóle go tam nie było, sprawiał wrażenie idealnej pustki.
Nie miałam pojęcia, jak mu się to udaje. Wiedziałam, że on też jest przerażony, widziałam to na własne oczy, a jednak potrafił zdusić to wszystko w sobie i zachować idealne pozory. Poczułam się nagle wyjątkowo wdzięczna temu, że tylko jemu udało się przejść do kolejnego etapu.
Moje ręce pociły się z nerwów, a siedzący po mojej lewej stronie Hiroto dygotał od stóp do głów. Nie bylibyśmy w stanie skupić się na żadnej walce turniejowej i wzbudzalibyśmy jedynie podejrzenia.
Yuki zachowywał się bezbłędnie, tak samo jak pozostała trójka z Suny. Na twarzy Kankuro widniał nawet jego niemalże arogancki uśmiech, który jeszcze parę dni temu by mnie irytował. Gdyby nie to, co wydarzyło się dwa dni temu, nie byłabym w stanie stwierdzić, że to tylko pozory.
Ostrożnie przeniosłam wzrok dalej, nim nie spoczął on na sylwetce Sabaku no Gaary. Moje brwi zmarszczyły się natychmiastowo, gdy odczułam brak tego, co zwykle towarzyszyło mi przy spotkaniach z demonem- strach. Jego widok już mnie nie paraliżował.
Wytężyłam wzrok, aby móc przyjrzeć się bliżej jego spojrzeniu, które wbite było teraz w jakiś nieokreślony punkt przed nim.
Z jakiegoś powodu zaczęłam myśleć o zachodzącym słońcu. O tym momencie, kiedy znika za horyzontem, przez co bledną wszystkie kolory. Głęboka czerwień i żółć, które przykrywają wszystko wokół zostają zastąpione szarymi odcieniami. Wszystko wtedy słabnie, wiotczeje, świat staje się nieruchomy i okryty cieniem.
Zawsze ogarnia mnie wtedy dziwny chłód, poczucie zamknięcia i ograniczenia.
Patrząc teraz w stronę Sabaku no Gaary czułam się tak samo.
Nie miałam pojęcia, jak określić to, w jaki sposób się zmienił, ale wiedziałam, że nie byłam w stanie patrzeć na niego tak, jak wcześniej.
Nie był już tylko demonem. Był też bratem Sabaku no Kankuro.
Niby zawsze o tym wiedziałam. Byłam świadoma tego, że ta trójka jest rodzeństwem, ale… jakoś nigdy wcześniej nie myślałam o tym, jak ten fakt może wpływać na ich codzienne relacje. Wydawał się przez to bardziej… ludzki, choć wiedziałam, że musiało być to mylne odczucie.
Poczułam jak wzbiera się we mnie lekka frustracja.
Nie mogłam nazwać go potworem. Nie mogłam nazwać go człowiekiem… a teraz nie mogłam nawet nazwać go demonem.
-Y-Yuki wygląda, j-jakby s-się s-stresował.
Moja głowa poderwała się w stronę Hiroto. Jego zmartwiony wzrok wlepiony był w sylwetkę Soiro.
-M-Myślisz, ż-że nic m-mu n-nie będzie?
Wzruszyłam ramionami.
-To Yuki.
-P-Prawda.
I tak naprawdę nic więcej nie musiało być powiedziane. Yuki był Yuki’m. Jeśli któreś z nas miało poradzić sobie w tej sytuacji to był to on.
-O, hej, to wy z Piasku!
Obróciłam głowę w stronę dziewczęcego głosu. Ino Yamanaka szła przez rządek siedzeń w naszą stronę. Tuż za nią dreptała jej różowowłosa przyjaciółka… rywalka… nie miałam tak naprawdę pojęcia jak wygląda sytuacja między nimi. Szczerze mówiąc, to nie rozumiałam nawet sytuacji między nami- dlaczego Yamanaka wołała nas, jakbyśmy byli starymi znajomymi?
Kiwnęłam w jej stronę, mając nadzieję, że zakończy się jedynie na przelotnym spostrzeżeniu naszej obecności. Niestety… Ino zajęła puste miejsce tuż obok mojego.
-Znacie się?- zdziwiła się jej towarzyszka… Sakura Haruno?... gdy zajęła miejsce obok Ino.
Dziewczyna parsknęła śmiechem.
-Mieliśmy małą przygodę w restauracji.
Nagle blondynka spojrzała z konsternacją w stronę Gen’a.
-Dobrze się czujesz? Telepiesz się jak nie wiem.
Hiroto podskoczył w miejscu, spłoszony, niczym wystraszone zwierzątko w lesie. W jego oczach widniała kompletna pustka.
-Nie jest przyzwyczajony do takiej pogody.- mruknęłam szybko, wiedząc, że nie jest to dobra wymówka, ale jedyna jaką miałam poza „on już tak ma”.
Ino i tak zdawała się nie zwracać na to większej uwagi. Jej twarz rozbłysła momentalnie w wyrazie triumfu.
-Ha! Ty mówisz!- zawołała, wskazując na mnie palcem.- Zaczynałam wątpić.
-Nie bądź wredna, Ino-świnio!- skarciła ją Haruno, lecz przypuszczałam, że bardziej chodziło jej o nie przepuszczenie okazji do nazwania jej przyjaciółki „świnią”. Naprawdę nie rozumiałam ich relacji. 
-Nie wtrącaj się Wielko-czoła!- fuknęła na nią blondynka, po czym znowu zwróciła się do mnie i Hiroto.  
-W każdym bądź razie, musimy spiknąć tych dwóch mózgowców na kolejną partie szachów. Shikamaru był nawet trochę pod wrażeniem, a to się często nie zdarza. Jest wtedy mniej irytujący. Tylko będziemy musieli oddelegować gdzieś kogucika, bo on to już w ogóle…
Nie odrywałam wzroku od areny, nie chcąc aby dostrzegła moje uniesione w lekkim politowaniu brwi. Dlaczego czuła potrzebę, żeby ze mną rozmawiać? Z ninją z innej wioski?
Przez następne parę minut starałam się wyciszyć głos Ino najlepiej, jak potrafiłam. Starałam skupić się na obserwowaniu areny. Wychodziło mi nawet dobrze, dopóki dziewczyna nie zaniosła się dzwoniącym w uszach chichotem. Jej wysoki śmiech niemal odbijał się echem w mojej czaszce, przez co instynktownie zwróciłam się w jej stronę.
Nagle zauważyłam, że usta dziewczyny przestały się poruszać, a jej oczy wlepione są we mnie z oczekiwaniem. Mrugnęłam parę razy, odzyskując zmysły, lecz wciąż nie miałam pojęcia o czym przed chwilą mówiła. Widząc moją konsternację, Ino przewróciła oczami i powtórzyła zdanie:
-Pytałam czy jest w naszej wiosce ktoś kto ci się podoba?
Nie wiem, czy zwyczajnie mi się przesłyszało, ale mogłabym przysiąc, że jej głos był niemalże oskarżycielski. Musiało mi się też coś przewidzieć, bo byłam pewna, że zmrużyła podejrzliwie oczy.
Odpychając jej dziwne zachowanie na bok, pomyślałam nad jej pytaniem. Widziałam mnóstwo ludzi od czasu przybycia do Wioski Liścia, ale czy był wśród nich ktoś, kogo bym lubiła?
Nie, zdecydowanie nikt w tej wiosce nie przypadł mi do gustu.
Pokręciłam przecząco głową, na co Ino wyglądała na wyraźnie rozpromienioną. Zmarszczyłam nieco czoło w zdziwieniu. Myślałam, że może poczuć się nieco urażona moim wyraźnym brakiem zainteresowania członkami jej wioski.
-To w sumie dobrze, prawda? Wyobrażasz sobie, co by było zakochać się w kimś z innej wioski? Związki na odległość muszą być koszmarem! Nie móc być przy swojej ukochanej osobie przez cały czas? Gdyby mój Sasuke-kun nie mieszkał w Wiosce Liścia, to nie wiem co bym zrobiła!
Oh, ona pytała w tym sensie… no cóż, odpowiedź pozostawała taka sama. Moje oczy rozszerzyły się nieco w zrozumieniu, ale Ino tego nie dostrzegała. Była teraz zbyt zajęta opowiadaniem mi o „jej Sasuke-kun”. Nie potrafiłam wyobrazić sobie stoickiego, ponurego Sasuke Uchihy, którego pamiętałam z egzaminu, w związku z kimś takim jak Ino. Z jej radosnego uśmiechu, który gościł teraz na jej ustach wynikało jednak, że musieli być ze sobą bardzo szczęśliwi, więc nie mnie było to osądzać.
-Sasuke-kun nie jest twój, Ino-świnio!- odezwała się nagle Sakura, z wyraźną irytacją w głosie.
Przez chwilę patrzyłam na kłócące się dziewczyny z konsternacją. Ze strzępków informacji, jakie rzucały podczas rozmowy, musiałam wywnioskować, ze obie były w stałym, szczęśliwym związku z Sasuke Uchihą… Czy w Wiosce Liścia dozwolona była poligamia?
Zerknęłam w lekkim zdezorientowaniu w stronę Hiroto, myśląc, że może on coś z tego rozumie.
Zamrugałam zdziwiona, gdy ujrzałam wyraz jego twarzy.
Hiroto patrzył na Sakurę i Ino ze zeszklonymi od łez oczami. Malował się w nich smutek.
Dopiero po chwili zorientowałam się, o co chodziło. One rozmawiały tak beztrosko… zupełnie nieświadome tego, co miało nadejść.
Byłam pewna, że smutek pojawił się i w moich oczach, ale moje nie były zwrócone do Ino i Sakury. Patrzyłam na Hiroto. Małego, strachliwego Hiroto…
Ktoś go jest w stanie płakać dla swojego wroga nie powinien być wplątany w wojnę.
Przegryzłam nerwowo wargę, po czym stanowczo wbiłam wzrok przed siebie.
Już po chwili Naruto Uzumaki wleciał na arenę. Dosłownie.


***

-Zwycięzca, Naruto Uzumaki!
Przez dłuższą chwilę cała arena zamarła w bezruchu. Nie byłam w stanie wychwycić żadnego dźwięku, poza dudniącym głośno sercem w mojej klatce piersiowej.
W końcu, ludzie wydawali się wybudzić z transu.
Tłum zaczął szaleć, klaszcząc i skandując. Siedząca nieopodal Sakura zerwała się spontanicznie z miejsca i wołała radośnie imię Naruto. Najwyraźniej była pod wrażeniem. Atmosfera wokół się zmieniła, przeminęło napięcie. Pozytywne emocje zdawały się pulsować i falować w powietrzu.
Poczułam się nagle wyjątkowo zakłopotana.
Jakby wszyscy, poza mną, o czymś wiedzieli. Jakby umykał mi jakiś istotny szczegół. Wciąż nie mogłam pojąć co się tak naprawdę stało… Neji Hyuuga przegrał. Zawodnik, który według wszelkich praw logiki powinien był wygrać, leżał teraz na ziemi, nie mogąc się ruszyć.
Patrzyłam na radość, jaka rozpierała Naruto Uzumaki’ego- nie tylko z wygranej, ale jakby z tego, że udowodnił swoją rację. Jego entuzjazm i szeroki uśmiech wydawały się być zaraźliwe dla ludzi wokół niego.
Co gorsza, ja również zaczęłam odczuwać niewytłumaczalne ciepło rozlewające się gdzieś w klatce piersiowej.
Zmrużyłam oczy, przeklinając w duchu genina z Konohy.
Nie, nie zamierzałam odczuwać tego, co on. Nie tutaj, nie teraz. Wbiłam paznokcie w dłoń i skupiłam się wyłącznie na tym. Dziwne wrażenie słabło. Ból pomagał. Rozwarłam dłoń i ujrzałam cztery półksiężyce, powoli nabiegające krwią.
Wpatrzona w niewielkie rany, nie dostrzegłam nawet ruchu Hiroto, nim jego dłoń nie znalazła się na mojej.
Poderwałam głowę i spojrzałam na niego zdumiona. Jego brwi marszczyły się specyficznie, podkreślając troskę, która wyraźnie znajdowała się w jego oczach.
-Rei?
W tonie jego głosu zawierały się rzeczy, których same słowa nigdy by nie przekazały. Tylko jedno słowo, trzy litery…
Niezrozumiałe ciepło, które odczuwałam przed chwilą powróciło, lecz tym razem nie wywoływało we mnie niepokoju, czy irytacji. Tym razem wiedziałam dokładnie skąd tak naprawdę pochodzi…
Przesunęłam dłoń, aby móc ścisnąć dłoń Hiroto.
Po chwili zorientowałam się, że to działa lepiej, niż ból. Samo poczucie tego, że obok znajduje się druga osoba… ktoś kto dostrzega to, co się z tobą dzieje. Już nie czułam się zakłopotana.
Kiwnęłam w stronę Hiroto. Zwróciłam wzrok z powrotem na arenę, ale nie puściłam już jego dłoni.
Już niedługo wszystko miało się zmienić. Atak miał nastąpić już niebawem. Może tylko przez chwilę, przez parę minut, mogłam pozwolić sobie poczuć się choć odrobinę lepiej, zamiast odpychać od siebie wszelkie emocje?
Patrząc na Naruto Uzumaki’ego, pełnego energii, radości, wykonującego niestworzone piruety i podskoki, czułam jak kąciki moich ust drżą niespokojnie, chcąc powędrować w górę.

***

Walki pierwszego etapu minęły zdecydowanie za szybko. Nawet biorąc pod uwagę oczekiwanie na spóźnionego Sasukę Uchiha. Miałam wrażenie, jakby minęły zaledwie minuty od chwili, gdy Naruto Uzumaki i Neji Hyuuga stanęli w pojedynku naprzeciw siebie. Teraz na arenie znajdowali się już Uchiha i Sabaku no Gaara.
Zerknęłam w stronę tarasu, na którym stali pozostali zawodnicy. Wśród nich brakowało Yuki’ego. Rzuciłam spojrzenie w stronę Hiroto, który zbladł momentalnie, wiedząc co nadchodziło.
-Już czas.- mruknęłam pod nosem, tak cicho, że tylko on był w stanie mnie usłyszeć.  Gen wydał z siebie jakiś cienki jęk, ale podniósł się na równe nogi i wyszedł na schody, czołgając stopami, niczym człowiek idący na skazanie.
Podążyłam w ślad za nim. Rzuciłam jeszcze szybkie spojrzenie w stronę Ino i Sakury, gotowa dać jakąś krótką wymówkę, w razie gdyby spytały dokąd idziemy. Na szczęście obie były zbyt zaaferowane pojawieniem się Sasuke Uchihy, żeby dostrzec nasze zniknięcie.
Przełknęłam ślinę i ruszyłam przed siebie.
Szliśmy wyjątkowo powoli, ale nie zamierzałam zmieniać tempa. Wolałam odwlekać ten moment jak długo by się dało.
Yuki czekał już na nas w holu, oparty o ścianę w wydawać by się mogło, nonszalanckiej pozie. Widziałam jednak, że jego dłonie zaciśnięte były w pięści, kostki niemalże całkowicie białe.
-Gdy tylko dostaniemy sygnał, ruszamy pod prawą ścianę. I trzymamy się razem.
Nie musiał powtarzać nam tego dwa razy. Hiroto i tak trzymał się kurczowo materiału mojej bluzy i nie wyglądało na to, że ma zamiar puścić. Patrząc na to, jak dygocze od stóp do głów, wątpiłam czy w ogóle zdawał sobie sprawę z tego, co robi. Instynktownie przysuwał się też bliżej Yuki’ego, co sprawiało, że cała nasza trójka była ze sobą w pewien sposób złączona.
Nie miałam zamiaru przyznawać tego na głos, ale byłam przekonana, że tylko to utrzymuje mnie teraz na nogach, które były w tym momencie, jak z waty.
Soiro odchrząknął niezręcznie, wyraźnie nie wiedząc jak się dalej zachować.
-No, więc…goto..?
-C-Cieszę s-się, że H-Hatsuo-sensei z-zapisał nas n-na t-ten e-egzamin.
Spojrzałam na Hiroto, jak na wariata. Przez chwilę nie mogłam zarejestrować tak naprawdę tego, co powiedział, ale gdy już to zrobiłam, zaczęłam się poważnie martwić.
Czyżby strach już zupełnie poprzewracał mu w głowie?
Wymieniłam szybkie spojrzenie z Yuki’m. On również wyglądał na zaniepokojonego. Nim jednak którekolwiek z nas zdążyło zareagować, Hiroto odezwał się po raz kolejny, tym razem z niepewnym uśmiechem błąkającym się na jego ustach:
-B-Bo dzięki temu z-zostaliśmy p-przyjaciółmi.
Ze wszystkich zdań, jakie mógł teraz wypowiedzieć, tego spodziewałam się chyba najmniej. Przyjaciółmi? Hiroto postrzegał nas jako przyjaciół?
Yuki otworzył usta, ale już po chwili je zamknął, widocznie nie mogąc znaleźć odpowiednich słów. Dziwnie było obserwować takie zachowanie w wykonaniu kogoś innego, w szczególności, gdy kimś innym był Soiro. W końcu jednak na jego twarzy zagościł lekki uśmiech.
-Nie ma tego złego, co?
Zerknęłam w jego stronę z lekkim zdezorientowaniem. Yuki też uważał nas za przyjaciół?
Nie potrafiłam tego zrozumieć.
W tym momencie mogłabym zastanawiać się długo nad tym, jak zupełnie komiczne jest nazywanie nas przyjaciółmi, kiedy mamy ze sobą tak mało wspólnego. Tak bardzo stroniliśmy od swojego towarzystwa, że sensei musiał wpisać nam w harmonogram, że mamy spędzać razem czas! Mogłam podać masę logicznych argumentów, dlaczego bycie przyjaciółmi nie ma sensu i nie ma tak naprawdę większego znaczenia. Jak więzy międzyludzkie są tylko utrapieniem, zwykłą koniecznością, aby móc funkcjonować w społeczeństwie… jak nie sprowadzają nic, poza nieuniknionym rozczarowaniem…
Mogłam zrobić to wszystko, tyle że nie chciałam. Bo po cholerę, po co?
Być może byliśmy przyjaciółmi? Nie ważne, jak irracjonalne było to stwierdzenie, podniosło mnie na duchu. Jakie znaczenie miało to, że to nie miało najmniejszego sensu, skoro sprawiło, że byłam w stanie przywołać na twarzy lekki uśmiech, nawet teraz, w takiej sytuacji?
Teraz, w tym momencie- byliśmy przyjaciółmi.
Yuki wyciągnął dłoń przed siebie, w jego oczach pobłyskiwała determinacja, gdy spojrzał po nas niemalże wyzywająco. Już po chwili dłoń Hiroto leżała na tej jego, a wraz za nim powędrowała i moja.
Tym razem żadne z nas nie powiedziało nawet słowa. Nie było takiej potrzeby.
Wszyscy wiedzieliśmy.

***

Poczułam pod skórą napływy ciepła i drżenia. Nigdy wcześniej nie byłam tak świadoma chakry znajdującej się wokół mnie. Po raz pierwszy w życiu byłam otoczona przeciwnikami na wysokim poziomie, którzy nie ukrywali swoich rezerw mocy. Nie było takiej potrzeby, znaliśmy swoje położenia, znaliśmy swoje zamiary. Pozostawała nam już tylko walka.
Gdy w końcu znaleźliśmy się przed ścianą, na szczycie której znajdował się Kazekage, coś we mnie zamarło. Ninja Wioski Liścia stali teraz tuż naprzeciwko nas. Nic nas już nie odgradzało, byliśmy tylko my i oni.
Zerknęłam w stronę Hiroto- chłopak był blady jak ściana i trząsł się niekontrolowanie. Od razu poczułam lodowate ukłucie w sercu. Wyglądał tak bardzo nie na miejscu. Zupełnie nie pasował do tego, co się właśnie działo. Mały, niewinny, strachliwy Hiroto wrzucony w bezwzględną bitwę. To nie tak powinno być.
-Zejdźcie nam z drogi, dzieciaki, nikomu nie musi się stać krzywda.- zawołał jeden z shinobi Konohy. Jego głos brzmiał tak spokojnie, opanowanie. Jego wzrok wbity był w przerażoną sylwetkę Hiroto. Coś mignęło w spojrzeniu mężczyzny, jakby… smutek?
-Nie chcecie tego robić.- powiedział po chwili. To nie było pytanie, ale stwierdzenie.
Zamarłam. Jakaś racjonalna część mojego umysłu wiedziała, że powinnam wykorzystać ten moment do ataku, lecz nogi odmawiały mi posłuszeństwa. Ten człowiek miał rację, nie chciałam tego robić.
Tyle, że musiałam.
Wtem Yuki drgnął gwałtownie, jakby porażony prądem. Minął mnie w biegu i popędził w kierunku naszego wroga. Jego widok sprawił, że wreszcie się ruszyłam. Tak to przecież działało. Yuki wyznacza nam tempo, a my się dostosowujemy. Sytuacja była zupełnie inna, ale schemat pozostawał ten sam.
Odbiłam się z pięty i ruszyłam przed siebie. Zauważyłam, że Hiroto nie ruszał się z miejsca, ale może tak było nawet lepiej?
Zupełnie nie wiedziałam z jakim przeciwnikiem mam do czynienia. Jego rezerwy chakry były potężne, wyrazisty przepływ wskazywał na to, że było w nim coś nadzwyczajnego. Nie byłam jednak w stanie stwierdzić co.
Wyciągnęłam kunai i ścisnęłam go mocno w dłoni.
Wtem przez głowę przeleciała mi paraliżująca myśl. W co mam celować? To nie była zwykła potyczka to była prawdziwa bitwa, w której musieliśmy pokonać wroga, aby przeżyć… musieliśmy zabijać. Cios w ramię, czy nogę nic by tu nie zdziałał. Tu nie było sędziego, który na widok ledwo żyjącego przeciwnika zatrzyma pojedynek i ogłosi cię zwycięzcą. Tutaj zwycięża ten, kto przeżyje.
Musiałam celować w coś witalnego. Serce? Głowę? Czułam jak coś przewraca się w moim żołądku na samą myśl o tym.
Biegłam dalej przed siebie. Mój przeciwnik stał wciąż w bezruchu, czekając na mój atak. Poczułam napływ irytacji. Dlaczego nie reagował? Dlaczego nie atakował? Wtedy byłoby łatwiej. Mogłabym się bronić. Nie musiałabym podejmować tych wszystkich przerażających decyzji.
Moja dłoń była już parę centymetrów od celu. Zdecydowałam się na szyję, wydawała się najlepsza.
Rzuciłam krótkie spojrzenie na twarz mężczyzny i zamarłam. On był żywym człowiekiem, a ja chciałam go…
W ułamku sekundy zaryłam mocno stopą w ziemię. Zachwiałam się i zaparłam z całych sił, aby nie upaść. Wciągnęłam gwałtownie powietrze, lecz ze strachem czułam, jakby nie dochodziło do moich płuc. Łapałam wdech za wdechem, ale nic to nie dawało. Miałam wrażenie, że się duszę.
Chwyciłam za kołnierz mojej koszuli i pociągnęłam go w dół, odsłaniając szyję.
-Rei!- doszedł do mnie krzyk, jakby z oddali. Yuki?
Podniosłam nieco wzrok i od razu poczułam, jak coś przewraca się boleśnie w moim żołądku.
Widok, który ukazał się moim oczom był przerażający. Dziesiątki osób, z Wioski Piasku, Wioski Liścia, Wioski Dźwięku, leżeli lub siedzieli skuleni na ziemi, większość krwawiła. Niektórzy byli martwi. Wokół wielu wytworzyły się kałuże krwi.
Dlaczego dzisiejszy dzień musiał być słoneczny? Dlaczego nie mógł być pochmurny? Mrok odziera wszystko z kolorów. Krew wydawałaby się czarna, ledwo zauważalna.
Jakby w amoku rozejrzałam się dookoła.
Ci którzy wciąż walczyli, szarpali się za ramiona, wbijali noże w czyjeś ciała, zabijali się brutalnie. Zewsząd słychać było ten okropny dźwięk… dźwięk rozdzieranego materiału...i mięsa. Wszyscy bez wyjątku byli potworami. Gdzie nie spojrzałam, stał potwór. Nikt nie nosił już ludzkiej maski, nikt się nie chował. Każdy pokazywał dokładnie to kim jest. 
Obrazy zaczęły migotać mi przed oczami. Nie miałam pojęcia jakim cudem trzymałam się jeszcze na nogach. Miałam wrażenie jakbym straciła kontrole nad swoim ciałem.
Świat nie był już szary. Był czerwony. Soczyście czerwony, splamiony ich krwią.
Spojrzałam z przerażeniem na nóż w swojej dłoni, która drżała niekontrolowanie.
Czy ja właśnie… Czy miałam właśnie stać się potworem? Tylko parę sekund, a byłabym jedną z nich… też miałabym krew na swoich dłoniach.
Cofnęłam się gwałtownie.
Poczułam na szyi czyjś oddech, a już po chwili do moich uszu dobiegł brzdęk kunai’a. Strach wyzwolił porcję adrenaliny. Odsunęłam się do przodu i obróciłam w miejscu, stając twarzą w twarz z shinobi Wioski Liścia. Zrobiłam krok do tyłu, chcąc zwiększyć dystans między nami, lecz silna dłoń oplotła moje ramię. Wysunęłam nogę do przodu i wymierzyłam kopnięcie. Cios był celny, usłyszałam zduszony jęk, lecz uścisk dłoni na moim ramieniu wzmógł się jeszcze bardziej. Panika zaczęła uderzać mi do głowy, przez co ruchy stały się bardziej chaotyczne. Próbując desperacko wyrwać się z uścisku, straciłam równowagę i upadłam na wznak.
Shinobi Konohy stał nade mną z wyciągniętą bronią. Jego twarz zastygła w chłodnym wyrazie. Nie dawał znaku żadnych emocji.
Już sięgałam po nóż schowany w jednym z butów, gdy po raz kolejny, głośny krzyk Yuki’ego dotarł do moich uszu:
-Rei!
Dwa shurikeny mignęły w powietrzu, jeden z nich wbił się w szyję mężczyzny. Tylko jeden shuriken sprawił, że niewiarygodna ilość krwi zaczęła tryskać na wszystkie strony. Shinobi zatoczył się na drżących nogach, po czym runął na ziemię. Przez dłuższą chwilę, która zdawała się trwać godziny, miotał się jeszcze na ziemi, lecz z każdą sekundą jego ruchy stawały się wolniejsze, aż w końcu… całkiem ustały.
Teraz patrzyłam już na martwe ciało.
Uniosłam wzrok i spojrzałam na Yuki’ego. Dyszał ciężko, w dłoni wciąż trzymał dwa dodatkowe shurikeny. Jego wzrok wlepiony był w sylwetkę mężczyzny leżącego martwo na ziemi. Z przerażeniem patrzyłam jak świadomość tego, co się stało do niego dociera. Jego oczy rozszerzyły się w szoku, jego oddech stał się szybszy i płytki. Usta rozszerzyły się nieznacznie, a na jego twarzy zaczął pojawiać się wyraz prawdziwej rozpaczy.
Shurikeny wypadły mu z rąk i wylądowały na ziemi z głuchym brzdękiem.
Yuki Soiro zabił właśnie człowieka.
Wszystkie odgłosy bitwy, wszyscy ludzie wokół zdawali się zniknąć.
-Yuki?- spytałam wyjątkowo cienkim głosem.
Yuki patrzył z przerażeniem to na mnie, to na leżące obok ciało… to na broń leżącą na ziemi. W końcu wydał z siebie głośny krzyk. Patrzył jak zahipnotyzowany na swoje zakrwawione dłonie, ubrudzone wcześniejszą walka. Wydał z siebie kolejny krzyk, po czym zaczął wycierać je o swoje spodnie. Chcąc pozbyć się krwi.
-Yuki…
Mój głos brzmiał tak cicho, że nie byłam pewna, czy w ogóle mnie usłyszał. Wciąż tarł dłońmi o materiał, w coraz to bardziej chaotyczny sposób.
Zbierając w sobie resztki energii, podniosłam się z ziemi. Zrobiłam niepewny krok w jego stronę.
-Yuki, przestań…
Wszelki blask w jego oczach zaczął blednąć. Jego spojrzenie stawało się coraz bardziej zachłanne, coraz mniej ludzkie. Jakby Yuki Soiro znikał tu na moich oczach.
Nagle ogarnęła mnie niewyobrażalna panika, większa niż przed chwilą. Wyciągnęłam ręce i chwyciłam go za nadgarstki.
-PRZESTAŃ! STARCZY!- nie pamiętam kiedy ostatni raz mój głos brzmiał tak donośnie. Być może dlatego moje gardło od razu zaczęło boleć?
Yuki patrzył na mnie, jakby widział mnie po raz pierwszy w życiu. Sama czułam się w tym momencie, jak zupełnie inna osoba.
Kąciki oczu piekły mnie niemiłosiernie, dłonie zaciskały się z desperacją na nadgarstkach Yuki’ego.
-Przestań…
Dalsze słowa zamarły mi na ustach, gdy spojrzałam za ramię Soiro i dostrzegłam zbliżającego się shinobi.
Mierzył dwa metry i był pokaźnie zbudowany. Szedł w naszą stronę szybkim, energicznym krokiem, jego spojrzenie wlepione w nas z jakąś dziwną zwierzęcą żądzą. Jak drapieżnik zbliżający się do swojej ofiary.
W przeciągu jednego oddechu wyciągnął przed siebie pokaźny miecz.
Jakby w zwolnionym tempie patrzyłam jak napina mięśnie w ramionach i udzie. Jego ręka powędrowało do tyłu, wraz z mieczem. Przygotowywał się do zadania ciosu. Wiedziałam, co zaraz nastąpi. Wiedziałam, że nie będę w stanie zatrzymać kogoś takiego, jak ten mężczyzna. Yuki wciąż tkwił w bezruchu, z szeroko rozwartymi oczami.
Zupełnie nieświadomy zagrożenia.
Serce podeszło mi do gardła.
Nawet nie myśląc o tym, co robię, chwyciłam instynktownie za ramiona Yuki’ego i obróciłam go w miejscu, tak, żebym to ja znajdowała się na linii ataku. Popchnęłam go mocno do przodu. Zaskoczony nagłym ruchem, nie był w stanie utrzymać równowagi i poleciał na ziemię.
Stałam teraz plecami do przeciwnika.
Zacisnęłam mocno powieki. Serce dudniło mi nieokiełznanie. Czekałam na ból, który miał nadejść. Na moment, w którym zimna stał zetknie się z moim ciałem.
-NIE!
Przeraźliwy krzyk Yuki’ego zabrzmiał mi w uszach. Byłam pewna, że ból nadejdzie za moment… już za chwilę…
Ale nic się nie wydarzyło. Czułam jak zbierają się we mnie wątpliwości.
Czy to adrenalina uśmierzała ból? Nie, to nie mogło być… Nawet jeśli to przecież poczułabym…cokolwiek…
Bardzo ostrożnie obróciłam głowę, bojąc się tego, co zastanę. Drgnęłam niekontrolowanie na niespodziewany widok.
Nasz przeciwnik leżał na ziemi, miotając się z bólu, w dłoni ściskając swój krwawiący bok, w którym sterczał wbity kunai.
Zamrugałam zdumiona.
Czy to Yuki…? Nie, Yuki był tym, który krzyknął… kiedy znajdował się za mną… nie miałby czasu żeby….
Nagle poczułam, jak coś przesiąka powoli przez moje buty i dociera do odsłoniętych palców.
Spojrzałam w dół. Cały świat zdawał się zamrzeć w tym jednym momencie.
Ciało Hiroto Gen’a leżało u moich stóp. Miecz przeciwnika odrzucony gdzieś obok niego. Tors Hiroto był cały we krwi, a głowa opadała mu pod nienaturalnym kątem. Jego klatka piersiowa rozdarta. Wokół niego zaczęła zbierać się kałuża gęstej, czerwonej cieczy. Tylko twarz pozostała czysta, trupio blada, przez co kontrastowała jeszcze bardziej.
-O-On...- wyjąkał Yuki, który przyczołgał się koło niego, drżąc niekontrolowanie.- R-Rei…o-o-on…
Życie uchodziło z niego tak szybko, jak krew cieknąca strumykiem z jego rany.
On umierał.
Zachłysnęłam się głośno powietrzem, po czym opadłam bezwiednie na kolana, wprost na krew Hiroto. Poczułam jak dotyka mojej skóry. Ciepło cieczy momentalnie przyprawiło mnie o mdłości. Czy krew zawsze była tak ciepła? Nigdy wcześniej nie zwracałam na to uwagi…
Uniosłam drżące dłonie, lecz gdy na nie spojrzałam, wydawały się dziwnie mgliste, niewyraźne. Dopiero po paru mrugnięciach uświadomiłam sobie, że to przez łzy, które nie wiadomo kiedy nagromadziły się w moich oczach. Kiedy ostatni raz płakałam? Nie mogłam sobie przypomnieć…
Rozejrzałam się dookoła, mrugając zawzięcie, aby pozbyć się tych irytujących łez… tej irytującej mgły, ale nawet gdy mój widok był przejrzyście czysty, nie byłam w stanie rozpoznać swojego otoczenia. Nic nie wyglądało znajomo, wszystko było inne. Wszystko było nie tak, jak powinno.
Świat nie był już szary. Był czerwony. Wszystko było czerwone, wszystko było pełne krwi.
Ponownie spojrzałam na swoje dłonie. Były umazane czerwienią, krwią Hiroto.
I właśnie wtedy uświadomiłam sobie…

Tak wygląda świat widziany oczami potwora.

2 komentarze:

  1. Nie mam słów. Poprostu kocham <3��

    OdpowiedzUsuń
  2. Ten rozdział jest tak mocno przepełniony emocjami, aż we mnie w środku wrze! Po prostu wrze!

    OdpowiedzUsuń