niedziela, 12 marca 2017

Rozdział 15. "Bohater"

7 miesięcy temu
Nasza pierwsza prawdziwa misja miała rozpocząć się już za godzinę. Wszyscy byliśmy spakowani i gotowi, aby ruszać. Zanim to jednak nastąpiło, Hatsuo-sensei musiał nas uraczyć jedną ze swoich przemów, w których zawsze zawierał jakieś mądrości na temat życia ninja… jakbyśmy nie spędzili ostatnich trzech lat w akademii na nauce dokładnie tego samego.
-Większość nowicjuszy, znajdując się w sytuacji kryzysowej jest bezużyteczna.- mówił z powagą, gestykulując przy tym dla efektu.- Są jak sparaliżowani. Wy będziecie, jak sparaliżowani. Wasze ciało zamrze, podczas gdy umysł będzie próbował oswoić się z nową sytuacją. Może minąć parę sekund, a może parę minut… niezależnie od tego, z waszej perspektywy minie zaledwie chwila. Czas płynie inaczej, gdy ogarnia nas strach.
Przymknęłam nieco oczy. Po co nam to mówił? Mieliśmy już przecież zajęcia na ten temat w akademii. Zirytowany wyraz twarzy Yuki’ego podpowiadał mi, że i on myślał tak samo. Hiroto natomiast siedział na swoim skrawku kamienia, trzymając się go kurczowo i spijał wręcz słowa z ust nauczyciela. Jakby sensei miał właśnie zdradzić nam sekret wszechświata.
-Jedynym sposobem na pokonanie tego chwilowego wahania, przełamanie paraliżu, jest praktyka. Ciągły trening. Ciągłe misje. Sytuacje kryzysowe i strach muszą stać się elementem życia i sposobu myślenia. To uczyni was ostrożnymi, podejrzliwymi, być może nawet do przesady. Będziecie stale czujni, a co za tym idzie, pożyjecie dłużej.
-Hej, sensei! Wszystko fajnie brzmi, ale ten twój sposób jest chyba mało trafiony.
Zaczepny głos Yuki’ego wytrącił naszego nauczyciela z myśli. Spojrzał zaskoczony na swojego ucznia.
-Co masz na myśli, Yuki?
Ledwo powstrzymałam się od wywrócenia oczami. Byliśmy drużyną od niecałego miesiąca, ale czy sensei naprawdę nie potrafił się jeszcze domyśleć, do czego tak naprawdę zmierzał Yuki?
Soiro uśmiechnął się złośliwie.
-No bo popatrzmy na przykłady. Hiroto boi się cały czas. Ma praktykę od dnia do nocy, a i tak jak dygotał, tak dygota.
Hiroto zaczerwienił się momentalnie. Tym razem wywróciłam oczami. Tak jak przypuszczałam, Yuki chciał po prostu rzucić w jego stronę niemiły przytyk.
Hatsuo-sensei zaczął drapać się zakłopotany w tył głowy.
-Są różne formy strachu, Yuki. Ten, o którym mówię może wytworzyć się wyłącznie w ogniu walki.
-No dobra, to od tej pory będziemy wrzucać Hiroto na pierwszy ogień.
-Yuki!
Chłopak uniósł dłonie do góry, w geście udawanego oburzenia.
-No co? Chce być pomocny dla swojego towarzysza! On wyraźnie potrzebuje praktyki najbardziej.
Hiroto wyglądał tak, jakby miał ochotę zakopać głowę w piasku. Zapewne tak i było. Hatsuo-sensei patrzył na Yuki’ego z dezaprobatą. Jakby miało mieć to na niego jakiś wpływ.
Westchnęłam zrezygnowana. Misja miała trwać trzy dni, a ja już teraz miałam dosyć ich towarzystwa. Mogłam sobie jedynie wyobrazić, co będzie się działo pod sam koniec.

Teraz
Nie minął nawet rok od naszej pierwszej misji, a i tak wydarzenie to wydawało mi się niezwykle odległe. Zaledwie parę miesięcy temu pole bitwy wydawało się teoretyczną koncepcją. Paraliżujący strach- tematem przydługich przemów Hatsuo-sensei, które wprowadzały mnie w irytację.
Jak to się stało? Jakim cudem wylądowaliśmy tutaj, w tej sytuacji? Jak Hiroto stał się najodważniejszym z nas?
Przyłożyłam drżącą dłoń do Hiroto. Jego krew gęstniała między moimi palcami, była lepka i kleista. Jego bladą twarz otaczały czarne włosy. Były zmierzwione i zlepione w wielu miejscach. Teraz wyglądał jeszcze bardziej krucho, niż zwykle. Mały, niewinny Hiroto… Jego ciało skąpane było w złocistych promieniach słońca, które jak na złość kontrastowały z tym co się stało. Zupełnie tu nie pasowały.
Nic tak naprawdę nie pasowało. Nic nie miało sensu.
Łzy ciekły po moich polikach. Nie miałam pojęcia, jak je zatrzymać, ani czy w ogóle miałam na to siłę. Jakby z oddali słyszałam krzyki, brzdęki broni, odgłos stóp… Wszystko było dziwnie dalekie, a przecież działo się tuż obok.
-Pojawił się tak nagle… wyskoczył znikąd i… - Yuki mamrotał pod nosem strzępki zdań. Jego wzrok wbity przed siebie. On również miał łzy w oczach. Jego ciało też trzęsło się niekontrolowanie.
Czułam serce aż w gardle. Tętniło mi w skroniach. Nie mogłam złapać tchu. Świat wokół wyciszał się coraz bardziej, aż w końcu słyszałam w uszach już tylko dudnienie krwi.
I nagle uświadomiłam sobie… czułam pod palcami rytm serca.
Moja dłoń odskoczyła od klatki Hiroto jak oparzona, by już po chwili powrócić na miejsce. Przymknęłam oczy i skupiłam się ze wszystkich sił na tych ledwo wyczuwalnych uderzeniach. Słabe, nieregularne, ale… było.
-On jeszcze żyje.
Wypowiedzenie jednego zdania odblokowało we mnie falę emocji.
Niedowierzenie, radość, ulga… nadzieja. Jego serce biło.
Yuki podskoczył w miejscu jak porażony prądem i rzucił się wręcz w stronę Hiroto. Przyłożył palce do jego szyi, czekając w napięciu.
Jego brwi zmarszczyły się już po paru sekundach.
-N-Nic nie czuję.-wydusił z siebie, jakby z rozpaczą.-Jesteś pewna, że…?
Słowa ugrzęzły mu w gardle, gdy jego wzrok mignął gdzieś ponad moją głowę. Odwróciłam się w tamtą stronę.
Wszystko działo się jakby w zwolnionym tempie. Wyraźnie widziałam, jak zbliża się w naszą stronę trzech mężczyzn, shinobi Wioski Liścia, z bronią, ściskaną w dłoniach. Instynktownie odsunęłam się kawałek na czworakach. Yuki przykucnął tuż obok mnie. Wymieniliśmy bezradne spojrzenia. Żadne z nas nie wiedziało, co robić.
Nim jednak zdążylibyśmy zareagować, czy dobyć broni w ostatnich, desperackich chwilach, nowa postać zmaterializowała się znikąd tuż przed nami.
Moje uszy wypełnił łomot bijącego szalenie serca. Znieruchomiałam, obserwując.
Ledwo udało mi się wychwycić jakieś poruszenie, a shinobi Liścia leżeli obezwładnieni na ziemi. Żadne z nich nie krwawiło, więc musieli zostać po prostu ogłuszeni.
-Jesteście w stanie wstać?
Na dźwięk znajomego głosu uniosłam niedowierzający wzrok na naszego wybawcę.
Hatsuo-sensei.
***
Klęczeliśmy ukryci w cieniu jednego z korytarzy na arenie. Nie miałam pojęcia skąd wzięła się ta siła, która pozwoliła mi na dotarcie tutaj. Gdy tylko znaleźliśmy się w względnie bezpiecznym miejscu, nie byłam w stanie dłużej utrzymać się na nogach i upadłam na ziemię, niczym kukła. Yuki również przykucnął, biorąc głęboki wdech za wdechem, wyraźnie próbując się uspokoić. Hatsuo-sensei kładł właśnie ciało Hiroto na posadzce.
Teraz, gdy był tu sensei, niewyjaśniony potok słów zdawał się znaleźć ujście z moich ust. Yuki zareagował tak sam.
-Gdybym tak nagle nie… Widziałem jak on… Gdybym tylko się ruszył…
-Nie tak miało być… Nie chciałam, żeby tak się stało…
-REI! YUKI!
Podskoczyliśmy w miejscu na dźwięk surowego głosu. Hatsuo-sensei patrzył na nas twardym wzrokiem. Dreszcz przeszedł mi przez skórę. Czy był na nas wściekły za to co się stało? Czy miał nam za złe, że nie byliśmy w stanie ochronić naszego przyjaciela?
-To nie wasza wina.
Słowa brzmiały wyjątkowo spokojnie, zwłaszcza w kontraście z jego poprzednimi. Zszokowały mnie jeszcze bardziej, niż jego donośny krzyk. Moje usta rozchyliły się mimowolnie. Nie miałam pojęcia, jak zareagować.
Sensei podszedł do nas ostrożnym krokiem i przykucnął, chwytając mój nadgarstek.
Pomógł mi wstać. Gdyby mnie nie przytrzymywał, z pewnością bym upadła. Trzymał mocno moją lewą rękę, powstrzymując ją tym samym od drżenia. Wyciągnął drugą rękę do Yuki’ego i również jego postawił na równe nogi. Niczym kukiełki w przedstawieniu, poprowadził nas pod jedną ze ścian i nie puścił naszych dłoni, nim nie poczułam na plecach chłodu marmuru.
-Stójcie tutaj, nie patrzcie.
Staliśmy w miejscu jak sparaliżowani, nawet bez słów Hatsuo-sensei, nie bylibyśmy w stanie się ruszyć. Nie mogłam też powstrzymać się od patrzenia. Mój wzrok zdawał się być permanentnie wkłuty w sylwetkę Hiroto. Nawet, gdy sensei ukląkł przy nim i uniósł w górę zakrwawiony materiał, odsłaniając rozdarte mięso… nie byłam w stanie odwrócić spojrzenia.
Po omacku złapałam za rękę Yuki’ego, która trzęsła się równie mocno, co moja. Moje palce wbiły się w jego dłoń. Jeśli zadawałam mu ból, to nic nie powiedział. Byłam pewna, że i on patrzył z przerażeniem na to, jak Hatsuo-sensei raz po raz unosi ciało Hiroto, aby móc obwiązać wokół niego mocny opatrunek. Coś przewracało się nieprzyjemnie w moim żołądku, gdy patrzyłam, jak głowa Hiroto opada z kąta w kąt.
W końcu sensei zakończył wszystkie czynności i z lekkim westchnieniem podniósł się na równe nogi. Gdy obrócił się w naszą stronę, wstrzymałam oddech. Nie podobał mi się jego wyraz. Starał się zachować twarz bez emocji, ale ból lśnił wyraźnie w jego oczach.
-Nie mam zamiaru was okłamywać, ani dawać wam złudnych nadziei.-przemówił nienaturalnie spokojnym głosem.- Wiekiem możecie być dziećmi, ale statusem jesteście ninja.
Yuki zrobił krok do przodu.
-Czy on…?
Chwila zdawała się trwać w nieskończoność, nim Hatsuo-sensei powiedział w końcu:
-Jeszcze żyje.-potężny ciężar opadł z moich ramion, tylko po to, by powrócić, gdy sensei kontynuował.- Na ten moment. Jednak szanse na to, że przeżyje następne parę godzin są znikome.
Zapadła między nami głucha cisza. Przez niemal minutę żadne z nas nie odezwało się słowem.
-Musimy go stąd zabrać.- stwierdził nagle Yuki, z wyjątkową desperacją i przekonaniem.
Sensei westchnął zrezygnowany.
-Atak wciąż trwa…
-GDZIEŚ MAM TEN ZAKICHANY ATAK! SPÓJRZ NA NIEGO! MUSIMY ZABRAĆ GO DO SUNY! TERAZ!
Wzdrygnęłam się na nagły wybuch Yuki’ego. Chłopak drżał wręcz z emocji, teraz już nie ze strachu, ale wściekłości.
-Uspokój się, Yuki!- skarcił go natychmiast sensei, lecz tak naprawdę bez przekonania.- Przetransportowanie Hiroto może okazać się być niemożliwe w tych okolicznościach. Konoha-Gakure została oblężona, jesteśmy na terytorium wroga. Każdy mieszkaniec tej wioski widzi w nas zagrożenie. Jako chuunin Suny, nie mogę opuścić pola bitwy bez oficjalnego rozkazu odwrotu. Nie mogę eskortować was w drodze powrotnej, a jeśli wyruszycie sami, istnieją duże szanse na to, że nie uda wam się przeżyć. Nie wtedy, gdy będziecie obciążeni rannym kompanem.
Nagle dotarło do mnie pełne znaczenie słów Hatsuo-sensei. On nie mówił nam, że mamy wracać na pole bitwy… on nie mówił nam, że mamy porzucić Hiroto i ratować siebie… nie nakazywał nam niczego…
On przedstawiał nam nasze opcje. W chłodny, kalkulacyjny sposób opisywał nam naszą sytuację. Pokazywał, że nie ważne, co wybierzemy… nawet jeśli mielibyśmy zostawić Gen’a… będziemy mieć swoje powody, wytłumaczenia.
Hatsuo-sensei dawał nam opcję na ratowanie samych siebie. Poprzez porzucenie członka drużyny.
Wspomnienia uderzyły we mnie niczym lodowaty prysznic. Porzucić Hiroto… ciało Hiroto? Tak jak porzucona była moja mama?
Moje myśli wróciły nagle do tego jednego wieczora, lata temu, gdy ninja Suny pojawili się w naszym mieszkaniu, po tym, jak mama już od tygodnia nie wracała z misji, która trwać miała zaledwie dwa dni. Tata kazał mi iść do pokoju, jego głos dziwnie ściśnięty i bez wyrazu. Zrobiłam, jak mi kazał, ale i tak uchyliłam drzwi i przysłuchiwałam się z ciekawością tego, o czym mówią.
Pamiętałam dokładnie moment, kiedy świat się zatrzymał.
„Musieliśmy porzucić ciało”.
To jedno zdanie zmroziło mnie doszczętnie. Do dziś byłam w stanie przywołać z najmniejszym szczegółem głos mężczyzny, który wypowiedział te słowa.
Wyrwałam się ze wspomnień i spojrzałam na leżące na ziemi ciało, w zupełnie nowym świetle.
Dziwna myśl wpadła mi do głowy. Czy Hiroto miał młodsze rodzeństwo? Czy ono miało tym razem wyglądać przez szparę w drzwiach i słuchać, jaki los spotkał ich starszego brata? Czy to mój głos miał zagnieździć się na stałe w czyjejś głowie ze słowami: „Musieliśmy porzucić ciało”?
Nie. Tak nie mogło być.
Nie rozumiałam, dlaczego tak mnie to dotknęło, ale z niewiarygodną desperacją poczułam, że nie mogę na to pozwolić. Nie mogłam pozwolić na to, aby czyjś świat został zniszczony w ten sam sposób, jak zniszczono mój.
-Żywy, czy nie…- zaczęłam mówić, nie poznając zupełnie dziwnej siły w swoim głosie.- Musimy sprowadzić go do domu. Hiroto zasługuje na to, żeby wrócić do domu.
Yuki i Hatsuo-sensei spojrzeli po mnie w szoku. Nie wiedziałam, czy było to spowodowane moimi słowami, czy tonem głosu… czy może tym, że takie słowa wydobyły się z moich ust? Wyglądali tak, jakby widzieli mnie po raz pierwszy w życiu… ja sama czułam się jak ktoś zupełnie inny.
Nie miałam jednak czasu się nad tym zastanawiać. Nie teraz.
Wlepiłam swój wzrok w Yuki’ego.
Patrzyłam jak jego dłonie konwulsyjnie zacisnęły się w pięści, na szyi pojawiły się ledwo widoczne żyły. Pokręcił głową, jakby chcąc wyzwolić się od jakiejś wyjątkowo natrętnej myśli. Niewiarygodny ból rozbłysnął na moment w jego oczach, lecz tak szybko jak się pojawił, tak i zniknął.
W końcu zastygł w bezruchu. Wyglądał jakby przeszedł go prąd. Dreszcz przeniknął jego dłonie i ramiona, aż do barków, a zaraz potem usztywnił kręgosłup.
-Yuki…- mruknęłam cicho, choć nie wiedziałam tak naprawdę co mam powiedzieć. Zrobiłam krok w jego stronę, lecz wyciągnięta w formie protestu ręka naszego nauczyciela zagrodziła mi drogę.
Twarz Hatsuo-sensei zastygła w jakiejś dziwnej stanowczości, gdy potrząsał przecząco głową, po czym wbił wzrok w Yuki’ego. Po chwili wahania, ja również zrobiłam to samo.
Nie miałam do końca pewności na co tak naprawdę patrzę, ale sam ten widok, w jakiś niewytłumaczalny sposób ściskał boleśnie moje serce.
Ze łzami w oczach obserwowałam, jak Yuki kuca przy ciele Hiroto i zdejmuje swoją kurtkę. Rany po walce w zagłębieniach jego łokci wyróżniały się mocną czerwienią na tle opalonej skóry. Spod podkoszulka bez rękawów widać było głębokie wcięcie, zapewne od kunai’a. Naliczyłam się przynajmniej ośmiu skaleczeń i to tylko po prawej stronie. Lewa zwrócona była w stronę ściany.
Po Yuki’m nie było widać bólu, przynajmniej nie tego fizycznego. Jego ruchy były płynne, nieprzerwane żadnym drgnięciem, czy śladem dyskomfortu, gdy narzucał kurtkę wokół ciała Hiroto, tak, żeby zachodziła na jego twarz. Wyglądał jakby robił to instynktownie. Jego umysł zamknięty w jakimś odległym miejscu, a ciało poruszające się samo z siebie.
Gdy w końcu zabezpieczył materiał tak, aby trzymał się na miejscu, przełożył jedno ramie pod głowę Gen’a, a drugie pod okolice jego kolan, po czym podniósł się wraz  z nim z ziemi i stanął na równych nogach. Rzucił krótkie spojrzenie w moją stronę i mruknął:
-Ruszajmy.
Hatsuo-sensei spojrzał po nas z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Coś na pograniczu troski, dumy i wątpliwości. W końcu westchnął głęboko i podniósł się na równe nogi.
-Będę osłaniał was, nim nie opuścicie areny. Potem będziecie zdani na samych siebie. Rei, pójdziesz przodem. Yuki za tobą. Nie pozwalaj im zbliżyć się do wroga, chyba, że będzie to absolutnie konieczne.
Przytaknęłam. Sensei nie musiał nawet wyjaśniać, abym wiedziała dlaczego to zasugerował.
Ktoś musiał pójść przodem, aby ostrzec resztę i dać im w razie czego cenną chwilę na atak z zaskoczenia. Jako sensorowi, przyjdzie mi to łatwiej, niż Yuki’emu.
Ponadto…
Yuki był lepszym wojownikiem, niż ja, ale prawda była taka, że gdyby to mnie przypadło dźwiganie Hiroto, nie byłabym w stanie bronić się wcale. Yuki potrafił wykonywać podstawowe manewry, nawet podtrzymując ciało Gen’a. Jeśli ja nie będę w stanie zatrzymać wroga- będą mieli jeszcze jakieś szanse. Jeśli to Yuki nie byłby w stanie ich zatrzymać- byłoby po nas.
Musiałam iść przodem.

***

Brukowana droga skończyła się kilometr na południe za wioską, zastąpiona drogą leśną. Otoczenie zmieniało się drastycznie na naszych oczach, gdy skakaliśmy z gałęzi na gałąź. Wcześniej mijaliśmy sceny walki, niszczone domy, wybijane okna. Teraz naszym oczom ukazywał się pas zieleni. Po obu stronach drogi rosły krzewy i drzewa. Zbocza porastała trawa. Słońce świeciło tak mocno, że momentami musiałam przymykać oczy.
Odgłosy krzyków i broni dochodziły już do nas tylko z daleka.
Nie dałam się jednak zwieść zmianie otoczenia. Wiedziałam, że to nie znaczy zbyt wiele. Nie dawało nam jeszcze bezpieczeństwa. Wciąż znajdowaliśmy się na terenie Konohy, na terenie wroga. Udało nam się przemieścić płynnie z samego epicentrum ataku, ale to nie zmniejszało wcale poziomu zagrożenia.
Mogliśmy zostać zaatakowani w każdym momencie.
Jeszcze nigdy wcześniej nie wkładałam tyle zaangażowania w wykorzystywanie swoich zdolności sensora. Zawsze traktowałam to jako dodatek, coś przydatnego, co można by raz na jakiś czas użyć. Nigdy nie pokładałam w tym zbytnich nadziei. Nie polegałam na tym, aż tak bardzo.
Teraz wykorzystywałam, co mogłam, do granic możliwości.
Drgnęłam gwałtownie, gdy poczułam znajome drgania, a włoski na moich ramionach stanęły dęba.
Stanęłam twardo na nogach. Osiem… nie, dziewięć systemów chakry przed nami. Oddalonych o… siedem metrów? Może nieco dalej.
Uniosłam w górę lewą rękę, aby zasygnalizować Yuki’emu, że ma się zatrzymać. Chwilę później skoczyłam na wyższe gałęzie, aby rozeznać się w sytuacji.
Moje oczy rozszerzyły się w lekkim zdziwieniu na scenę rozgrywającą się nieopodal.
Shikamaru Nara stał na środku leśnej drogi. Od jego stóp ciągnął się daleki cień, utrzymujący w uwięzieniu ninja z Wioski Dźwięku. Nie wszystkich. Jeden z nich ukrywał się między drzewami. Potrafiłam określić punkt, w którym mniej więcej się znajdował. Po mojej prawej stronie, gdzieś pomiędzy koroną, a środkiem drzewa. Jeśli przeskoczyłabym dwa drzewa dalej, z pewnością byłabym w stanie go dostrzec.
Zmarszczyłam brwi, myśląc nad tym, co robić dalej.
Spojrzałam w stronę swojej drużyny. Yuki kucał przy jednym z konarów, czekając w napięciu na mój sygnał. Mój wzrok powędrował automatycznie do Hiroto. Coś zacisnęło się boleśnie w moim żołądku. Jakaś dziwna frustracja i bezsilność.
Hiroto wiedziałby co zrobić. Miałby plan, jak wydostać się z tej sytuacji, jak poradzić sobie w możliwie najlepszy sposób. Był zaledwie parę metrów dalej, mogłabym go spokojnie spytać. Moglibyśmy przycupnąć przy jednym z konarów i wysłuchać jego jąkliwych wyjaśnień i zrealizować jego pomysł.
Tyle, że nie mogliśmy. Hiroto tu nie było, nie tak naprawdę. Nie był w stanie udzielić nam odpowiedzi. Nie był w stanie pomóc.
Przełknęłam bolesną gulę w gardle i przymknęłam oczy. Musiałam zmobilizować umysł do myślenia.
Nie ważne przez kogo zostalibyśmy zauważeni- możemy zostać zatrzymani. Jeśli dostrzeże nas Shikamaru- uwięzi nas w swojej technice cienia. Jeśli dojrzą nas ninja z Dźwięku, mogą nas zabić, zwyczajnie dlatego, że uciekaliśmy z pola bitwy.
Nie było też mowy o ominięciu ich w sposób, który nie pochłonąłby mnóstwa czasu i całkowicie okrężnej drogi.
W tym momencie wszyscy obecni byli zbyt skupieni. Shikamaru wyraźnie starał się wyszukać pozycji ostatniego z wrogów z Dźwięku. Od razu zauważyłby nasz ruch pośród drzew. To samo tyczyło się naszych… sprzymierzeńców. Mogliby uznać nas za ninja z Wioski Liścia i automatycznie zaatakować. Jeśli byli choć trochę tacy, jak drużyna Dźwięku z egzaminu, tacy jak Dosu Kinuta… nie będzie ich tak naprawdę nic obchodziło. Zabiją nas na miejscu, bez emocji, bez wyrzutów sumienia.
Ale Shikamaru Nara… on by nas nie zabił, prawda? Nie od razu, nie bez zastanowienia. Powróciłam pamięcią do tego wieczora w restauracji, gdzie siedzieliśmy wszyscy przy jednym stoliku… grając spokojnie w szachy. Wydawało mi się teraz, jakby działo się to w poprzednim życiu.
Shikamaru Nara… w pewnym sensie szanował Hiroto. Może nie w pełnym znaczeniu tego słowa, ale… nawet Ino, dzisiaj na trybunach, mówiła, że był pod wrażeniem… Być może pozwoliłby nam spokojnie przejść, jeśli dowie się, że nie zamierzamy brać dalej udziału w ataku?
Tylko jak udowodnić Shikamaru, że nie chcemy z nim walczyć? Nie możemy tego po prostu oznajmić. Nie uwierzyłby nam. Ja zdecydowanie bym nie uwierzyła, gdybym była na jego miejscu. Nie tutaj, nie teraz, gdy wokół panoszyło się tak wiele potworów, gotowych zabić.
Musieliśmy zrobić coś, co zapewni go, że nie jesteśmy po stronie Wioski Dźwięku, ani nawet członków Wioski Piasku, którzy walczyli wciąż na terenie Konohy.
Myślałam dłuższą chwilę, trybiki przewracały się szybko w moim umyśle, gdy próbowałam skalkulować racjonalnie całą sytuację.
W końcu pomysł zaświtał mi w głowie.
Shikamaru starał się wypatrzeć ostatniego z ninja Dźwięku… ja wiedziałam gdzie się znajduje. Gdyby tylko udało mi się go unieszkodliwić…
Nie miałam zbyt wiele czasu na zastanowienie się. Podjęłam decyzję.
Starając się poruszać bezszelestnie, zeskoczyłam z gałęzi i w paru ruchach znalazłam się przy Yuki’m.
Patrzył na mnie wyczekująco. Przełknęłam ślinę.
-Yuki, nie interweniuj. Jeśli mi się nie uda, obejdź ich z drugiej strony.
-Co?
-Zaufaj mi.- słowa wypadły z moich ust, nim zdążyłam nad nimi pomyśleć. Skąd one się wzięły?
Wszystko działo się tak szybko, sytuacja zmieniała tak gwałtownie… nie miałam czasu na przemyślenia, nie miałam nawet ochoty się w to zagłębiać. Teraz liczyło się tylko to, aby przeżyć. Aby dostarczyć Hiroto do Suny…
Yuki patrzył na mnie intensywnie, aż w końcu przytaknął krótko.
Nie potrzebowałam nic więcej. Odbiłam się ze stopy i wdrapałam na wyższy pułap drzewa. Zlokalizowanie shinobi z Wioski Dźwięku nie zajęło mi długo. Wiedziałam gdzie mniej więcej się znajduje, dzięki jego przepływowi chakry. Wystarczyło, że wspięłam się na drzewo nieopodal, aby go dostrzec.
Zacisnęłam dłonie, jakby dla otuchy. Wzięłam głęboki oddech, po czym ruszyłam w jego stronę.
Shinobi Dźwięku obrócił szybko głowę, jego dłoń automatycznie powędrowała do kabury, przypiętej do jego lewego boku. Byłam pewna, że już teraz ściskał w ręce kunai’a. Obserwowałam, jak jego wzrok mignął w stronę mojej opaski. Napięcie na jego twarzy zelżało, mięśnie się rozluźniły. Wyciągnął rękę z kabury… bez broni.
Zalała mnie fala ulgi. Nie uznał mnie za wroga. Opaska Suny sprawiła, że uznał mnie za sojusznika.
Ten jeden moment nieuwagi, ta krótka chwila pozornego bezpieczeństwa była wszystkim, czego potrzebowałam. Dała mi przewagę, której w normalnych warunkach nigdy bym nie miała.
Moje ramię wystrzeliło do przodu.
Dopiero w połowie ataku, zorientował się, co się dzieje i rzucił na mnie, uderzając zaciśniętymi dłońmi. Moje ruchy były wolniejsze, i gdyby nie to, że zareagował tak późno, jego cios dotarłby do celu przed moim. Miałam jednak tą cenną chwilę nieuwagi, dzięki czemu byłam w stanie chwycić go za nadgarstki i wykorzystać jego własny impet, aby wytrącić go z równowagi.
Zachwiał się gwałtownie, lecz był w stanie chwycić się w ostatniej chwili za gałąź i utrzymać w miejscu. Zaklęłam w duchu, gdy zamachnął się wolną ręką.
Przez dłuższą chwilę próbował dosięgnąć mnie swoimi atakami, starając utrzymać się wciąż na gałęzi.
Walczył energicznie, zadając zamaszyste ciosy pięściami, lecz bez kluczowej precyzji. Od razu można było stwierdzić, że walka wręcz nie była jego specjalnością. Widocznie nie bez powodu to jego przydzielili do osłony reszty ninja Dźwięku. Był wojownikiem walczącym z dystansu.
Odchyliłam się do tyłu i zadałam mu szybkie kopnięcie w kostkę. Tym razem nie zdążył chwycić się niczego dla podpory. Jego nogi zahaczyły o konar, rozdzierając materiał i część skóry. Poleciał w dół.
Wylądował boleśnie na ziemi, upadając na ramię. Znalazłam się na dole tuż za nim, lądując twardo na obu stopach. Zignorowałam mrowienie w nogach, starając nie zachwiać się przy następnym kroku. Musiałam działać szybko.
W tej walce moim największym sprzymierzeńcem był czas. Mój przeciwnik był ode mnie silniejszy, ale ja miałam przewagę tych paru sekund, które stawiały mnie o krok przed nim.
Wykręciłam jego ramię, tak, żeby znalazł się na kolanach i założyłam dźwignię na łokieć oraz bark. Nawet delikatny nacisk na staw łokciowy w tej pozycji powodował silny ból, jeden zdecydowany ruch i łokieć mógłby zostać całkowicie unieszkodliwiony.
Zawahałam się na ułamek sekundy.
W tej pozycji był niegroźny, lecz gdy tylko puszczę jego nadgarstek, będzie w stanie zaatakować. Jeśli jednak złamię mu rękę w łokciu, nie będzie w stanie kontynuować walki.
Poczułam nagle te same mdłości, które dopadły mnie wtedy na arenie, gdy po raz pierwszy rzuciłam się w bitwę.
Jeszcze nigdy nie zadałam nikomu prawdziwego bólu. Nie wyrządziłam nikomu prawdziwej, długotrwałej krzywdy. Nie chciałam łamać jego ręki. Prawda była taka, że nawet nie chciałam robić mu krzywdy. Nawet nie znałam tego człowieka, nie miałam pojęcia kim jest. Nie żywiłam wobec niego żadnych negatywnych uczuć. Był mi zupełnie neutralny.
Wzmogłam lekko nacisk na staw. Poczułam jego drżenie i syknięcie bólu. Serce podeszło mi do gardła.
W głowie zabrzmiały mi nagle słowa Hatsuo-sensei- Wiekiem możecie być dziećmi, ale statusem jesteście ninja.
Wzięłam głęboki wdech.
Hiroto poświęcił całego siebie, aby nas ratować. On też zadał komuś ból, dotkliwie go skrzywdził… ale zrobił to dla nas.
Byłam mu to winna.
Ze zduszonym okrzykiem, pociągnęłam ramię przeciwnika do tyłu. Usłyszałam rodzaj trzasku, którego nigdy jeszcze nie dane mi było słyszeć. Trzask łamanej kości. Tuż za nim rozległ się ryk pełen agonii. Byłam pewna, że oba te dźwięki będą prześladować mnie przez długi czas… być może zagnieżdżą się w moim umyśle do końca życia.
Przez chwilę trzymałam jeszcze nadgarstek shinobi z Dźwięku, teraz dziwnie luźny w dotyku. Powoli rozluźniłam swój chwyt. Mężczyzna upadł na ziemie, zanosząc się bólem. Cofnęłam się, aby znaleźć się poza zasięgiem jego rąk, na wszelki wypadek. Miałam jednak nadzieję, że ponownie nie zaatakuje.
Początkowe mdłości i ucisk w żołądku mijały. Moje serce powoli powracało do normalnego rytmu. Gdy szok i przerażenie zaczęły znikać, ustąpiły miejsce czemuś innego, czego nigdy nie spodziewałabym się w takim momencie.
Satysfakcja.
W pierwszej sekundzie, gdy uderzyło we mnie to odczucie, byłam pewna, że tuż za nim pojawi się wstyd, obrzydzenie samą sobą… nic jednak nie nadeszło. Satysfakcja zyskiwała na sile, niezmącona żadnymi negatywnymi emocjami. Czułam jakby w tym momencie coś się zmieniło. Jakby coś w moim umyśle się przestawiło i nigdy już nie miało wrócić na poprzednie miejsce.
Zadałam komuś niewyobrażalny ból… i sprawiło mi to satysfakcję… Czy to czyniło mnie potworem?
Tyle, że zrobiłam to, aby chronić kogoś, na kim mi zależy… Czy to znaczyło, że jestem wciąż człowiekiem?
Rozdarta pomiędzy dwoma skrajnymi myślami, spojrzałam nieco nieprzytomnie w stronę Shikamaru Nary, który spoglądał na mnie z otwartymi w zdziwieniu oczami i ostrożnością. Wyraźnie starał się ocenić, czy jestem zagrożeniem, czy też nie. Próbowałam otrząsnąć się ze swoich myśli. Teraz nie było na to wszystko czasu. Nie mogłam się teraz nad tym zastanawiać.
Wyprostowałam się nieco, chcąc zachować pozory spokoju, na wypadek, gdyby jednak postanowił mnie zaatakować.
-Nie chcemy kontynuować walki przeciwko Wiosce Liścia.- przemówiłam stanowczym głosem, zadowolona z tego, że nie zadrżał ani na moment.
Shikamaru nie odpowiedział od razu. Jego wzrok wbity we mnie, starał się wyłapać jakiekolwiek ślady fałszu.
-Dlaczego się wycofujecie?- spytał w końcu, w jego głosie pobrzmiewało znudzenie, nawet w tych okolicznościach.
Zamyśliłam się na chwilę, nie wiedziałam, co mam odpowiedzieć. Wreszcie zdecydowałam, że powiem prawdę, czując, że doceni to bardziej, niż jakiekolwiek złożone kłamstwo.
-Nigdy nie chcieliśmy walczyć. Poza tym…
Zerknęłam w stronę Yuki’ego, wciąż skrytego za gałęziami. Nawiązałam z nim kontakt wzrokowy, nieme pytanie świeciło w jego oczach.
Poruszyłam głową, sygnalizując, aby się ujawnił. Wiedziałam, że ryzykuje, ale czułam, że było to jedyne wyjście.
Już po chwili Yuki wylądował na ziemi tuż obok mnie, ciało Hiroto wciąż przerzucone przez jego bark.
-Musimy jak najszybciej znaleźć się w Sunie.- dokończyłam swoje wcześniejsze zdanie. Wiedziałam, że nie muszę wyjaśniać, jaki był tego powód.
Oczy Shikamaru rozszerzyły się w lekkim szoku na widok Hiroto. Zrozumienie, a nawet sympatia rozbłysły w jego spojrzeniu. Potrząsnął głową, jakby chciał wyrzucić z myśli to, co zobaczył. W końcu spojrzał po nas, tym razem bez śladu podejrzliwości.
-Kłopotliwe.- mruknął pod nosem. Z jakiegoś powodu to słowo dało mi nadzieję na to, że pozwoli nam odejść. Sam ton jego głosu świadczył o tym, że rozumiał naszą sytuację.
Odetchnęłam z niebywałą ulgą.
Już miałam wykonywać pierwszy krok w stronę drzew, gdy ni stąd, ni zowąd zmaterializowała się nowa postać. Wysoki mężczyzna z brodą i przewiązaną opaską Konohy. W jego ustach sterczał spalony do połowy papieros.
Zamrugałam zdezorientowana, nie mogąc w pełni zarejestrować, co się stało. Nawet nie zauważyłam pojawienia się nowego systemu chakry, nim nie stanął tuż przed nami.
-Co tu się wyprawia? Atakujecie mojego ucznia?- zagadnął mężczyzna, wyjątkowo nonszalanckim tonem.
Niemal skrzywiłam się, teraz wyczuwając już od niego silny poziom energii.
-Asuma!- zawołał na jego widok Shikamaru. Po raz pierwszy widziałam na jego twarzy jakieś większe emocje. Zaskoczenie i ulga migały wyraźnie w jego oczach.
Ja natomiast zamarłam w bezruchu. Wiedziałam, że Yuki zrobił to samo.
W przeciągu jednej sekundy, karty zupełnie się obróciły. Pojawienie się nowego, silnego gracza zmieniło całkowicie sytuację.
O ile w ewentualnym starciu z Shikamaru mielibyśmy cień szansy, to nowoprzybyły shinobi znajdował się na zupełnie innym poziomie. Byliśmy teraz w pełni zdani na ich łaskę.
Asuma przyglądał nam się z uwagą. Niemal czułam ciężar jego wzroku, jakim nas taksował, jakby chciał wyłapać każdy najmniejszy detal.
Obserwowałam jego twarz, ale był zbyt doświadczonym wojownikiem. Nie dostrzegałam w jego oczach niczego, poza niezmąconą pewnością siebie. Nic nie zdradzało jego intencji, zamiarów, czy nawet emocji.
Zrobił krok w naszą stronę. Nawet nie wiem kiedy w mojej dłoni pojawił się kunai. Wyciągnęłam go odruchowo, bez namysłu.
Coś w końcu mignęło w oczach Asumy i w tym momencie wiedziałam, że popełniłam ogromny błąd. Nie powinnam była wyciągać broni. Odebrał to jako chęć walki.
Zimny pot zaczął zbierać się na powierzchni moich dłoni. Patrzyłam na niego, gotowa zaatakować, gdyby zrobił jeszcze jeden krok w naszą stronę. Nie dałabym rady go pokonać, ale dałoby to czas Yuki’emu na ucieczkę.
-Asuma… daj im przejść.
Wypuściłam z płuc powietrze. Nawet nie zdawałam sobie sprawy, że wstrzymałam oddech.
Mój wzrok powędrował w stronę Shikamaru, który obserwował nas cały czas bystrym wzrokiem.
Starszy mężczyzna mruknął z zaciekawieniem, gdy spojrzał na swojego ucznia.
-Jesteś pewien, Shikamaru?
-Ta, są nieszkodliwi.
Opuściłam broń, ale jej nie schowałam. Wciąż patrzyłam niepewnie na ninja z Wioski Liścia.
Shikamaru Nara nam zaufał. Patrzyłam na niego przez dłuższą chwilę. Co miałam powiedzieć? Dziękuje? Nie wiedziałam, co mówi się w takiej  sytuacji. Nigdy w niej nie byłam, ani nie słyszałam też o nikim, kto by był.
To prawda, że o takie rozwiązanie mi chodziło, ale i tak byłam zaskoczona. Teraz, z obecnością tego Asumy, mieli bezkonkurencyjną przewagę. Nie mieli powodu, aby puścić nas wolno.
-Dziękuję.
Poderwałam głowę w stronę Yuki’ego tak szybko, że poczułam ból w szyi. Patrzyłam na niego w zupełnym szoku.
Dziękował ludziom z obcej wioski. W jego głosie znajdowała się tylko szczerość, żaden fałsz.
Nie byłam pewna, czy shinobi z Liścia zdawali sobie w pełni sprawę z wagi tego słowa, pochodzącego z ust Yuki’ego Soiro. Jeśli tak, to nie dali tego po sobie poznać.
Cała sytuacja wydała mi się nagle groteskowa i absurdalna. Jakby w ogóle nie powinna mieć miejsca.
Zupełnie zdezorientowana, schowałam kunai’a z powrotem do kabury. Rzuciłam ostatnie, długie spojrzenie w stronę shinobi Liścia. Kiwnęłam krótko głową. Tylko na taki gest było mnie teraz stać.
Wymieniłam szybkie spojrzenie z Yuki’m i skoczyliśmy z powrotem na gałęzie drzew.

***
Im dalej oddalaliśmy się od Konohy, tym spokojniejszy stawał się mój oddech. Spojrzałam przez ramię na Yuki’ego. Mimo, że był oddalony o dobrych parę metrów, byłam w stanie dostrzec, że i jego zmartwione rysy zaczynają się wygładzać.
Przeniosłam wzrok na Hiroto. Wciąż nieruchomy, wciąż bez śladu życia. Chciałam jednak wierzyć, że te słabe bicie serca, które poczułam na arenie, uderza wciąż raz na jakiś czas w jego klatce piersiowej.
Musieliśmy się spieszyć. Jeśli istniała jakaś szansa, nawet najmniejsza, to wszystko zależało teraz od czasu. Od tego, jak szybko uda nam się dostać do Suny i dostarczyć go pod opiekę medyków.
Nagle poczułam, że coś się zmieniło. Powietrze stało się ciężkie.
Wzięłam głęboki wdech, napełniając łapczywie płuca i poczułam pierwsze fale… energii. Moje oczy rozszerzyły się w szoku. Jeszcze nigdy wcześniej czegoś takiego nie czułam. Chakra sączyła się wręcz spomiędzy drzew, mieszana z wiatrem. Jej muśnięcia nie były ciepłe, jak zwyczajna energia, te były chłodne, lodowate. Włoski na moim karku jeżyły się przy każdym uderzeniu.
Nigdy nie spotkałam się z takim rodzajem chakry… a mimo tego było w niej coś znajomego. Jakbym czuła już wcześniej mały zalążek tej mocy. Tylko gdzie?
Zatrzymałam się gwałtownie. Zaryłam butami w konar drzewa, ledwo utrzymując się na nogach.
-Rei, co się dzieje?
Pytanie Yuki’ego doszło do mnie jakby z daleka. Pochłonięta niespodziewaną chakrą, nie zwróciłam uwagi na to, aby zasygnalizować mu, aby trzymał się wciąż na odległość.
-Coś jest nie tak.- mruknęłam pod nosem. Powietrze wokół mnie stawało się coraz bardziej obciążone, przez co ciężko mi było złapać oddech. Napełniałam płuca raz za razem. Coś do nich docierało, poza powietrzem. Ta dziwna chakra… była wszędzie, byłam niemal w stanie dostrzec ją dookoła… unosząca się złowrogo, przylegająca do wszystkiego wokół, tłamsząca każdą żywą istotę.
Poczułam nagły zawrót głowy. Zachwiałam się na nogach i osunęłam na konar drzewa, uderzając w nie niefortunnie ramieniem i rozcinając skórę do krwi. Syknęłam z bólu.
-Rei!- zawołał zaalarmowany Yuki, lecz jego głos był mi dziwnie daleki. Niesamowicie przytłaczające uczucie opadało mi ciężko na ramiona, przytrzymywało na ziemi i dusiło. Mój oddech stał się płytki i przyspieszony.
-Musimy stąd iść.- wydyszałam, czując coraz większe przerażenie.- Nie możemy tu być.
-Rei, co się…?
Yuki nie był w stanie dokończyć swojego pytania. Potężna fala uderzeniowa przeszła przez las. Wiedziałam, że tym razem nie czułam tego tylko ja. Yuki też to poczuł. Już po chwili dotarła do nas ściana dymu, całkowicie odcinając nam widok.
Zasłoniłam twarz ramionami, lecz drobinki kurzu i tak do mnie docierały.
Nieopodal, jakby nad nami, rozległ się przeciągły, przeraźliwy skowyt.
Gdy wreszcie dym opadł odrobinę, przynajmniej na tyle, aby przywrócić mi widoczność, odsłoniłam ramiona z twarzy.
Uniosłam głowę i serce podeszło mi do gardła.
Ogromna, mierząca dobrych kilkanaście metrów bestia stała w pełnej okazałości wśród wysokich koron drzew. Nie byłam w stanie stwierdzić w pełni, czym była- szopem? Oposem? Zdecydowanie miała poszczególne cechy tych zwierząt. Długo nie zajęło mi zorientowanie się, że ta wcześniejsza, mrożąca krew w żyłach chakra pochodziła właśnie od tej istoty.
Przeniosłam wzrok dalej, na głowę potwora. Czerwony odcień mignął mi przed oczami.
Na jego szczycie utkwiony był… Sabaku no Gaara? Zamrugałam parę razy, starając się lepiej dostrzec scenę przede mną. Z tego wszystkiego, co się działo, przestałam tak naprawdę zastanawiać się co się z nim stało. Powinien był zostać na arenie, taki był plan… Plan użycia sekretnej broni. Czy to było właśnie to? To tego chcieli użyć w ataku na Konohę?
Przypomniałam sobie nagle to, co powiedziała mi kiedyś mama. Tamtego dnia, gdy po raz pierwszy ujrzałam Sabaku no Gaarę.
Po tym jak złowroga istota zamieszkała w środku niego, on sam stał się niebezpiecznym stworem.
Moje oczy rozszerzyły się w zrozumieniu. Wszystko zaczęło układać się w jedną całość. Nagle zrozumiałam dlaczego ta straszliwa chakra wydawała się nieco znajoma. Odczuwałam ją już wcześniej, nawet nie zdając sobie z tego sprawy… wymieszana była z piaskiem.
Ten stwór był bardzo potężny i potrafił wchodzić w złych ludzi i zmieniać ich w bardzo niebezpieczne istoty. Odbierał im uczucia, emocje, zahamowania- pozbawiał ich całego dobra
Sabaku no Gaara miał w sobie potwora… prawdziwego potwora, który mieszkał w nim od lat.
Bałam się odwrócić wzrok, a jednak nie chciałam się już dłużej temu przypatrywać. Miałam ochotę uciec. Zerwać się z miejsca i popędzić przed siebie. Strach sprawiał, że czułam nieprzyjemny ucisk w klatce piersiowej.
-Co to do cholery jest?- pełen niedowierzenia głos Yuki’ego zabrzmiał gdzieś przy moim uchu. On też patrzył w szoku przed siebie.
-Potwór.- odparłam automatycznie. Nie miałam, co do tej odpowiedzi żadnej wątpliwości.
Było coś surrealnego w obserwowaniu Sabaku no Gaary i mieszkającego w nim potwora… odseparowanych ciałami. Nie byli jednym. Byli dwiema osobnymi istotami- człowiek i potwór.
Tylko czym to czyniło Gaarę? Był człowiekiem? Ale… wiedziałam, że nim nie był.
Nie rozumiałam.
Nim nawet zdążyłam się nad tym zastanowić, kolejny podmuch wiatru zachwiał korony drzew, a w powietrzu rozprzestrzenił się dym.  
Zakaszlałam głośno, gdy dotarł do mojego gardła. Gdy powietrze znowu stało się przejrzyste, zwróciłam swoje spojrzenie z powrotem w górę.
Olbrzymia, ciemno czerwona żaba, tej samej wielkości, co potwór, pojawiła się nagle tuż naprzeciw niego. Na jej szczycie stał…. Naruto Uzumaki?
Jego obecność zaskoczyła mnie jeszcze bardziej, niż obecność Sabaku no Gaary. Co on tutaj robił? I skąd wzięła się…                                                                                                                                                                            
Potrząsnęłam głową, odtrącając nagabujące myśli. Nie było na to czasu. I tak nie znalazłabym w głowie odpowiedzi.
-Nie mam pojęcia, co się dzieje, ale jak tu zostaniemy to będzie po nas.- odezwał się nagle Yuki.- Możemy zaryzykować i ich obejść, wydają się pochłonięci walką… tyle, że jeśli nas dojrzą… albo odrzuci ich w naszą stronę w trakcie walki… Tutaj mamy chociaż wgląd na to, co się dzieje…
Soiro wyraźnie bił się z myślami. Żadna z opcji nie wydawała się być odpowiednio dobra.
-Nie możemy czekać.- mruknęłam ochryple. -Hiroto…
Ucięłam zdanie na tym. Byłam pewna, że tyle wystarczy, aby Yuki zrozumiał. Spojrzałam na ciało Hiroto, wciąż oparte na barku Yuki’ego, który cały czas podtrzymywał go kurczowo, nie rozluźniając uścisku nawet na moment.
Przełknęłam ślinę. Nie byłam nawet pewna, czy Hiroto jeszcze żyje… było to coś nad czym wolałam się nie zastanawiać. Miałam wrażenie, że tylko te przebłyski nadziei trzymały mnie jeszcze na miejscu i bez tego wzięłabym po prostu nogi za pas.
Spojrzałam po raz kolejny w stronę potwora.
Hiroto by wiedział. Powiedziałby nam co mamy zrobić- miałby plan, pomysł… cokolwiek. Niemal słyszałam jego głos w głowie. Wydukałby coś szybko, drżącym głosem. Yuki pochwaliłby go zaczepnym „Dobra robota, dygotku”, ja przytaknęłabym w milczeniu…
-Odczekajmy dziesięć minut.- zadecydował w końcu Yuki.- Jeśli nic się nie zmieni, spróbujemy ich obejść.
Kompromis, wykorzystanie tak naprawdę obu opcji. Nie widząc innych rozwiązań, kiwnęłam głową.
-W porządku.

***

Nie miałam pojęcia ile tak naprawdę minęło czasu, odkąd Yuki i ja schroniliśmy się za jednym z konarów i zaczęliśmy obserwować starcie pomiędzy dwoma stworami.
Wydawało mi się, że trwało to godzinami, nim Naruto Uzumaki dotarł w końcu do Sabaku no Gaary i wymierzył mu mocny cios głową.
Niedługo po tym, potwór zaczął się rozpadać.
Fala uderzeniowa przetoczyła się przez las. Podmuch wiatru cisnął mnie na drzewo, niczym kukłę. Gdzieś nade mną rozległ się skowyt, ten sam, który słyszałam, gdy po raz pierwszy pojawił się ten wielki potwór. Spojrzałam w górę, lecz włosy przysłaniały mi twarz. Gdy wreszcie podmuch ustał, odgarnęłam kosmyki z oczu.
Serce zabiło mi mocniej.
Potwór został pokonany.
Obserwując walkę Sabaku no Gaary i Naruto Uzumaki’ego wydawała mi się ona niezwykle znajoma… jakbym już ją kiedyś widziała, tylko w wykonaniu kogoś innego.
To wrażenie było absurdalne, nie mające najmniejszego, racjonalnego sensu… a jednak nie mogłam się od niego opędzić.
Wszystkie opowieści mamy, wszystkie historie o bohaterach i potworach… o heroicznych walkach… wszystko wydawało się w tym momencie tak bardzo znajome.
Potwór zniknął. Rozpłynął się w powietrzu, pozostawiając za sobą jedynie człowieka. To właśnie widziałam, patrząc z oddali na Sabaku no Gaarę… człowieka. Żadnego demona, czy potwora. Tylko człowieka.
-To gdzie jest bohater, mamo? Dlaczego nie pokonał jeszcze potwora?
-Dlatego, że w tym potworze jest też człowiek.
Mama miała rację, a równocześnie się myliła. To w człowieku był też potwór. I to nie dlatego bohater nie pokonał wtedy potwora… To dlatego, że ten człowiek nie spotkał jeszcze odpowiedniego bohatera.
Patrzyłam na wszystko, wstrzymując oddech.
Na jednym z drzew stał człowiek trzymany w sidłach potwora. Naprzeciwko niego bohater, gotowy walczyć do samego końca.
Serce dudniło mi w żebrach, gdy patrzyłam w napięciu na rozwój zdarzeń.
Usłyszałam szelest liści. Stłumiłam w sobie chęć zamknięcia oczu. Dostrzegłam ruch, ale i tak wychwyciłam tylko rozmytą plamę. Wszystko działo się tak szybko… Następne, co widziałam to Naruto zadający mocny cios Gaarze.
Oboje upadli na ziemię.
Co teraz? Ta myśl pojawiła się w mojej głowie i nie chciała odejść. Nie byłam już w stanie dostrzec, ani Uzumaki’ego, ani Gaary. Ogarnęła mnie nagle niewyobrażalna desperacja. Co działo się dalej? Czy walka dalej trwała? Czy któreś z nich przeżyło?
Musiałam wiedzieć. Nie rozumiałam dlaczego, ale wiedziałam, że muszę. W tym momencie potrzebowałam tej wiedzy tak bardzo, jak powietrza.
Zerwałam się z miejsca i zrobiłam krok do przodu.
-Rei!- zduszony okrzyk Yuki’ego zabrzmiał gdzieś przy moim uchu, ale go zignorowałam. Nie potrafiłam wytłumaczyć tego sobie, a co dopiero jemu, więc nawet nie próbowałam. Moje nogi ruszały się same, nie potrafiłam tego wyjaśnić.                                                                                                                            
Skakałam z gałęzi na gałąź, chcąc znaleźć się bliżej.
W końcu wylądowałam na niższym drzewie i dostrzegłam dwie sylwetki, leżące na ziemi. Bohater i potwór… nie, bohater i człowiek…
-Ból całkowitej samotności jest nie do wytrzymania, prawda?
Zatrzymałam się w pół kroku. Słowa Naruto Uzumaki’ego nie były skierowane do mnie, a i tak przeszyły mnie niczym sztyletem. Nie byłam w stanie się poruszyć, coś trzymało mnie w miejscu.
-W pewien sposób cię rozumiem, bo to trochę tak samo jak mój ból.- mówił dalej. Jego ton zdawał się obrazować więcej niż jego słowa.
Nagle powróciłam wspomnieniami do pierwszego etapu egzaminu na chuunina. Do tego momentu, gdy po raz pierwszy dostrzegłam barwną postać Naruto Uzumaki’ego. Potrafiłam przypomnieć sobie dokładnie, co wtedy myślałam.
Rzeczy są ograniczone swoją materialnością. Ludzie konkretni i zwięźli używają zwykle jednego słowa, aby opisać dany przedmiot, wydarzenie lub osobę. Ci jednak, którzy układają i wiążą słowa z innymi słowami tworzą nowy świat. Kiedy formują kolejne zdania, zabarwiając je uczuciem, naznaczając barwami, nastrojem, dodając im nowych znaczeń, brzmień- to ci ludzie kształtują wszystko, co istnieje. Są w stanie patrzeć na szare otoczenie i uczynić je czymś wyjątkowym.
Naruto Uzumaki miał ten dar… coś co odtrąciłam natychmiast, wierząc, że to zwykła sztuczka… kłamstwo, mające na celu zakryć szarą rzeczywistość i udawać, że wszystko jest w porządku, kiedy wcale tak nie było.
Tyle, że on wiedział, że tak nie było.
Naruto Uzumaki miał ten dar… ale znał też prawdziwy ból. Był wyraźny i znajomy w każdym wypowiedzianym teraz przez niego słowie.
-Lecz teraz… mam bliskich mi ludzi.-kontynuował Uzumaki, dalej tym tonem, który zdawał się tworzyć tak wiele.- Nie pozwolę ci ich skrzywdzić. Zatrzymam cię, nawet jeśli musiałbym cię zabić!
-Dlaczego? Dlaczego robisz to dla innych?
Przez chwilę nie wiedziałam, co się stało. Te pytania pojawiły się w mojej głowie, ale zostały wypowiedziane przez Gaarę. Dziwna nić zrozumienia zakiełkowała we mnie, gdy spojrzałam na niego spłoszonym wzrokiem.
-Oni uwolnili mnie od bólu, jakim jest samotność. Czują moją obecność… są dla mnie najważniejsi.
Te dwa zdania… zaledwie piętnaście słów… mówiły więcej niż najdłuższe przemowy…
Biscy ludzie… moje myśli od razu powędrowały do Yuki’ego i Hiroto. Ale w jaki sposób oni pomagali? Co takiego robili?
Martwiłam się o Yuki’ego, ale to sprawiało tylko nieprzyjemny ucisk w moim żołądku. To, co stało się z Hiroto wywołało we mnie ból, rozpacz… żadnej z pozytywnych emocji.
…ale pustka zniknęła.
Świadomość tego uderzyła we mnie niespodziewanie.
Wciąż nie miałam marzeń, które chciałabym spełnić. Nie miałam celu, do którego chciałabym dążyć. Mogłoby się wydawać, że nic się nie zmieniło, a jednak… Yuki i Hiroto byli moimi przyjaciółmi. I to w jakiś dziwny sposób zapełniło tę irytującą pustkę, która męczyła mnie od tak długiego już czasu.
Ogarnęło mnie dziwne uczucie. Jakbym zrozumiała coś bardzo ważnego, a mimo tego czułam się bardziej zagubiona niż chwilę temu. Nie potrafiłam znaleźć wytłumaczenia.
Czułam łzy zbierające się w oczach i starałam zatrzymać je ze wszystkich sił.
Coś przykuło nagle moją uwagę.
Patrzyłam w panice na Naruto Uzumaki’ego, który wciąż zbliżał się w stronę Gaary. Wciąż planował go powstrzymać.
Serce podeszło mi do gardła.
Gaara nie był już potworem. Już starczy. Jest już człowiekiem. Już nie musieli walczyć.
Wzięłam głęboki oddech. Wiedziałam, że przez lata, które nadejdą, będę albo żałowała tego, co zamierzałam właśnie zrobić, albo wspominała to z ciepłym uśmiechem. Miał to być jeden z tych momentów, których nie sposób było zdefiniować nim się wydarzą. Dopiero gdy moment przeminie, będę wiedziała.
Nagle całe to zamieszanie i wszystkie te moje wewnętrzne debaty, jakie ze sobą stoczyłam, nie miały najmniejszego wpływu na to, co rozgrywało się właśnie przede mną.
To był impuls. Instynkt, nie mający nic wspólnego z racjonalnością.
Pobiegłam na przód. W kilku długich skokach znalazłam się pomiędzy Naruto Uzumaki’m, a Sabaku no Gaarą. Stanęłam w lekkim rozkroku i zanurzyłam rękę w kaburze, wyciągając z niej kunai’a.
Zrobiłam coś, o czym zrobieniu nigdy mi się nawet nie śniło. Coś, co było zbyt absurdalne, nawet na świat sennych wyobrażeń.
Stanęłam w obronie Sabaku no Gaary.
-Już starczy. Daj mu spokój.- moje słowa zabrzmiały spokojnie, niemal błagalnie.
Naruto Uzumaki uniósł zdziwione spojrzenie, ale żadne słowa nie wydobyły się z jego ust.
Czułam na plecach wlepiony we mnie wzrok.
Obróciłam się, bardzo powoli, czując przypływ emocji, które nigdy wcześniej nie towarzyszyły mi, gdy patrzyłam w jego stronę. Jakieś dziwne przekonanie, graniczące z absolutną pewnością, że ta osoba nie stanowi dla mnie żadnego zagrożenia.
To uczucie było głupie, irracjonalne, niebezpieczne… ale tak mocne, że nie byłam w stanie go odpędzić.
Spojrzałam na Gaarę.
Potrzebowałam kilku chwil, żeby zrozumieć emocje, które przemknęły przez jego twarz. Zaskoczenie, konsternacja, niedowierzenie. Zapamiętałam wszystkie te uczucia. Każde z osobna. Z jakiegoś powodu wydały mi się być niewiarygodnie ważne.
Już nie demon, ale Gaara patrzył na mnie tu i teraz, a ja patrzyłam na niego.
-Dlaczego?- spytał, głos tak odmiennym od tego bezuczuciowego, który pamiętałam, że poczułam pieczenie w kącikach oczu. Nie potrafiłam wyjaśnić swojej reakcji, nie wiedziałam nawet czy istniało jakieś wytłumaczenie.
Gaara patrzył na mnie niepewnie, z taką wrażliwością… jakby był podatny na zranienie… jakby się bał. Moje usta rozchyliły się mimowolnie w szoku. On się bał. Czułam jakbym zupełnie traciła rozum. Byłam zdezorientowana, niemal kręciło mi się w głowie. Jakby rzeczywistość uległa zmianie, przed którą nikt mnie nie ostrzegł, a mój umysł nie nadążał z przystosowaniem się.
Nie wiedziałam, co mam robić. Nie wiedziałam, co mam powiedzieć.
Chciałam tylko, żeby wiedział jedną rzecz. Tą rzecz, której ja się teraz dowiedziałam. To pragnienie stało się nagle tak ważne, że słowa wyleciały wręcz z moich ust:
-Nie jesteś demonem. I nie jesteś potworem.
Przez dłuższy czas trwał w zupełnym bezruchu. Wydawać by się mogło, że słowa nie dotarły tak naprawdę do jego uszu.
W końcu jednak drgnął gwałtownie.
Wlepił wzrok w niebo z nieobecnym spojrzeniem. Jakby na krótką chwilę przeniósł się w inne miejsce. Zauważyłam, że jego mięśnie napięły się momentalnie, tak jakby przeszedł go niezrozumiały dreszcz. Spojrzał na mnie ponownie, potem przeniósł spojrzenie na Naruto Uzumaki’ego. Na koniec jego wzrok powrócił w stronę nieba, marszcząc brwi w konsternacji. Nie wiedziałam, co chciał przekazać tym jednym spojrzeniem, ani czy w ogóle próbował coś przekazać.
Nagle poczułam pod skórą lekkie drżenie. Ktoś się zbliżał. Już po chwili Sasuke Uchiha wylądował przy Naruto.
Przełknęłam nerwowo ślinę.
Uchiha spojrzał w moją stronę. Instynktownie wzmocniłam uścisk na kunai’u. Nim zdążył wykonać następny ruch, po raz kolejny poczułam zbliżające się systemy chakry.
Temari i Kankuro pojawili się nagle u boku Gaary. Ich twarze pełne ostrożności, oboje stali w pozycji bojowej, gotowi w razie czego zaatakować.
Napotkałam wzrok Kankuro i z jakiegoś powodu odetchnęłam z lekką ulgą. Jemu też nic się nie stało. Chłopak patrzył na mnie z niemym pytaniem, na które nie byłam teraz w stanie odpowiedzieć.
-Wystarczy. Nie walczcie już więcej.
Głos Gaary był cichy, był niemal szeptem, a i tak zdawał się nieść echem przez cały las. Niósł ze sobą więcej znaczenia i stanowczości niż niejeden krzyk.
Przez chwilę panowała cisza. Nikt nie odważył się poruszyć.
W końcu Kankuro skinął głową.
-W porządku, Gaara.-mruknął spokojnie, nuta zmartwienia brzmiała wyraźnie w jego głosie.
Patrzyłam jak unosi powoli Gaarę i przerzuca sobie jego ramię przez bark. W tym momencie był tym starszym bratem, którego przebłyski widziałam w drodze powrotnej z naszego spotkania. Tym starszym bratem, który kochał i troszczył się o swoje młodsze rodzeństwo, bez względu na wszystko.
Temari znalazła się po drugiej stronie swojego brata i również pomogła w podtrzymywaniu Gaary.
Rzuciłam ostatnie spojrzenie w stronę Naruto Uzumaki’ego. Teraz leżącego nieprzytomnie z lekkim uśmiechem na twarzy.
To już koniec. Koniec walki. Możemy wracać.

***

Skoczyłam w górę chwilę po tym, gdy zrobiło to rodzeństwo z Suny. Wszyscy wylądowaliśmy na pobliskiej gałęzi.
Nie minęła sekunda, a zmaterializował się przy mnie Yuki, ciało Hiroto wciąż podtrzymywane przez niego w mocnym uścisku.
-Rei, pogięło cię?! Co to miało, do cholery być?! - powitał mnie, wyraz irytacji, ale i też troski wymalowany na jego twarzy.
Dostrzegłam kątem oka, że Kankuro patrzy na nas ze zdziwieniem.
-Co wy tutaj…- nie dokończył swojego pytania. Jego wzrok wylądował na Hiroto. Cień przykrył momentalnie jego spojrzenie. Po chwili przełknął ślinę i spytał dziwnie pustym głosem.-Wracacie teraz do Suny?
Odpowiedź na to pytanie była wręcz oczywista, więc zakładałam, że pyta tylko po to, aby wypełnić czymś niezręczną ciszę.
-Będziemy tuż za wami.- odpowiedział mu Yuki. Jeśli był zaskoczony obecnością trójki rodzeństwa to tego nie okazywał. Być może tak jak i ja, był już na to zbyt wyczerpany?
Kankuro i Temari przytaknęli równocześnie i odwrócili się w miejscu.
Nim zniknęli, Gaara uniósł raz jeszcze wzrok, aby na mnie spojrzeć. Blade oczy lustrowały moje oblicze, jakby czegoś szukając. W końcu zmarszczył brwi. Nie byłam w stanie odgadnąć jego wyrazu twarzy-  prócz konsternacji było w niej coś jeszcze… tylko co? Dlaczego nie mogłam tego określić?
Cała trójka zniknęła, pozostawiając nas samych. Wzięłam głęboki wdech i obróciłam się na pięcie.
-Przepraszam, Yuki.
Soiro prychnął z irytacją i spojrzał na mnie spode łba.
-Prawidłowo. Co ci w ogóle strzeliło, skakać tak pomiędzy nimi? Nie wiesz, że gdzie dwóch shinobi walczy tam trzeci dostaje wpierdol?
-Nie za to przepraszam.
Chłopak zamrugał ze zdziwieniem, zupełnie się tego nie spodziewając. W jego oczach pojawiło się nieme pytanie, ale ja nie miałam siły na nie odpowiadać. Szczerze mówiąc, nie wiedziałam jeszcze jak mam na nie odpowiadać.
Zamiast tego powiedziałam coś, co brzmiało natarczywie w mojej głowie:
-Wracajmy do domu.

***


Fiu, czuję jakbym dotarła wreszcie do kamienia milowego tego opowiadania^^ Gaara przestaje być psychopatycznym „zabije wam wszystkich” potworem! Mam nadzieję, że nie wyszło zbyt zachłannie. Starałam się zobrazować przeżycia wewnętrzne Rei ze wszystkimi jej skrajnymi odczuciami i zagubieniem i kryzysem światopoglądowym^^ Nie chciałam robić z tego: Jedno wydarzenie- wszystko staje się jasne-postać zmienia się całkowicie (Ten przywilej dostał Gaara^^). Planuje pobawić się jeszcze nieco jej charakterem, nim całkowicie ją unormuje :P 

niedziela, 5 marca 2017

Rozdział 14. "Atak"

Obudziłam się nim jeszcze zabrzmiał dźwięk budzika. Wyglądając przez okno mogłam zobaczyć słońce wyłaniające się powoli zza koron drzew.
Już teraz mogłam stwierdzić, że dzisiejszy dzień będzie pogodny i słoneczny- zupełnie niepasujący do atmosfery. Wolałabym, żeby padało, żeby ciemne chmury zakrywały całkowicie powierzchnie nieba, a zimny deszcz padał grubymi kroplami na ziemię.
Wiedziałam jednak, że nie mam nieba wyłącznie dla siebie. Nie będzie ono odzwierciedlać tylko moich emocji. Może dla wielu ludzi dzisiejszy dzień będzie dobry?
Westchnęłam głęboko.
W tym momencie wolałabym, żeby ten pokój w ogóle nie miał okien. Radząc sobie jakoś, wstałam ociężale z łóżka i zaciągnęłam grube, ciemne zasłony, dzięki którym w pomieszczeniu zapanował chłodny zmierzch.
Chciałabym, żeby tak samo było też i na zewnątrz.
Zaczęłam wykonywać podstawowe poranne czynności. Obmycie twarzy, umycie zębów, przeczesanie włosów, ubranie się. Te same czynności, które wykonywałam każdego ranka, od wielu już lat. Mimo tego wszystko wydawało się być inne. Wszystko nabrało nagle większego znaczenia. Czy to dlatego, że być może wykonywałam te czynności po raz ostatni? Nie miałam pojęcia, a nie wykrzesałam w sobie wystarczającej odwagi, aby się nad tym zastanawiać. Moje kolana już teraz były jak z waty.
Gdy wytarłam już twarz ręcznikiem, podeszłam do krzesła w kącie pokoju, na którym ułożone były moje ubrania.
Naciągnęłam na siebie krótkie, ciemnobrązowe, niemal czarne spodenki i doczepiłam do nich pokaźną kaburę. Jej zawartość zabrzęczała cicho, gdy mocowałam wiązania, a ciężka gula  wytworzyła się w moim gardle na myśl o tym, że już za kilka godzin będę musiała jej użyć. Odpychając od siebie natarczywe myśli, chwyciłam za ciemną koszulkę na ramiączkach i nałożyłam ją przez szyję. Chłodny materiał przywierał ściśle do mojego ciała, wywołując dreszcz na plecach. Szybko sięgnęłam po luźną, ciemnozieloną bluzę z rękawami tak krótkimi, że nie byłam pewna, czy można było nazwać je rękawami. Nie dawała mi ani trochę ciepła, ale na co dzień skutecznie osłaniała górę ramion przed uporczywym słońcem Suny. Dobrze ukrywała też obecność kabury przy prawym biodrze, przez co stała się nieodłączną częścią mojej garderoby.
Na koniec usiadłam na pustym już krześle i włożyłam na stopy ciężkie, brązowe buty z wycięciem na palce. Sięgały mi niemal do połowy łydek, abym mogła schować w nich dodatkowy nóż i w razie potrzeby wyciągnąć go zręcznie w trakcie walki. Dzisiaj, po raz pierwszy w życiu, umieściłam broń w obu butach.
Gdy stanęłam w końcu przed lustrem, umyta i ubrana, miałam wrażenie, jakbym patrzyła na siebie zza mgły. Wszystko wydawało się być… szare, bez wyrazu. Nawet kolor skóry wydawał się bledszy i odznaczał bardziej wyraźnie niż zwykle. Ponure wnętrze pokoju zdawało się rzucać jeszcze większy cień, niż przed chwilą.
Chłonęłam jednak ten widok, chowałam go w pamięci- każdy nawet najmniej istotny szczegół. Wiedziałam bowiem, że po raz ostatni patrzę na siebie tak jak teraz.
Był tylko jeden sposób na to, aby przetrwać to, co miało się wydarzyć.
Wiedziałam, że jeśli przeżyję dzisiejszy dzień, to jutro będę patrzeć na siebie oczami potwora.

***

Arena przepełniona była ludźmi. Wszyscy wydawali się być podekscytowani, pełni entuzjazmu, gotowi na prawdziwe przedstawienie. Wszyscy oprócz nas, mogłoby się zdawać.
Hatsuo-sensei rzucił na pożegnanie jakieś słabo brzmiące słowa otuchy, ale słychać było, że sam wcale w to nie wierzy. Od samego rana wydawał się być dziwnie nieobecny, więc nie zdziwiło mnie to nawet, że gdy tylko znaleźliśmy się na arenie, sensei zniknął gdzieś w jednym z korytarzy.
Pożegnaliśmy się z Yuki’m, życząc mu powodzenia, choć wiedzieliśmy, że nie będzie miał szansy na walkę w turnieju. Hatsuo-sensei poinformował nas, że wraz ze „zniknięciem” Dosu Kinuty, Yuki stracił przeciwnika przez co jeden z losowo wybranych zwycięzców z pierwszego etapu będzie musiał przeprowadzić dodatkowy pojedynek. Wiedzieliśmy jednak, że drugiego etapu turnieju nie będzie. Atak na Konohę rozpocznie się nim do tego dojdzie.
Hiroto i ja zajęliśmy miejsca w połowie trybun, tuż przy schodach. Na arenie znajdowali się już niemal wszyscy zawodnicy. Brakowało jedynie Naruto Uzumaki’ego i Sasuke Uchihy. Yuki stał w szeregu w absolutnym bezruchu. Zupełnie jakby w ogóle go tam nie było, sprawiał wrażenie idealnej pustki.
Nie miałam pojęcia, jak mu się to udaje. Wiedziałam, że on też jest przerażony, widziałam to na własne oczy, a jednak potrafił zdusić to wszystko w sobie i zachować idealne pozory. Poczułam się nagle wyjątkowo wdzięczna temu, że tylko jemu udało się przejść do kolejnego etapu.
Moje ręce pociły się z nerwów, a siedzący po mojej lewej stronie Hiroto dygotał od stóp do głów. Nie bylibyśmy w stanie skupić się na żadnej walce turniejowej i wzbudzalibyśmy jedynie podejrzenia.
Yuki zachowywał się bezbłędnie, tak samo jak pozostała trójka z Suny. Na twarzy Kankuro widniał nawet jego niemalże arogancki uśmiech, który jeszcze parę dni temu by mnie irytował. Gdyby nie to, co wydarzyło się dwa dni temu, nie byłabym w stanie stwierdzić, że to tylko pozory.
Ostrożnie przeniosłam wzrok dalej, nim nie spoczął on na sylwetce Sabaku no Gaary. Moje brwi zmarszczyły się natychmiastowo, gdy odczułam brak tego, co zwykle towarzyszyło mi przy spotkaniach z demonem- strach. Jego widok już mnie nie paraliżował.
Wytężyłam wzrok, aby móc przyjrzeć się bliżej jego spojrzeniu, które wbite było teraz w jakiś nieokreślony punkt przed nim.
Z jakiegoś powodu zaczęłam myśleć o zachodzącym słońcu. O tym momencie, kiedy znika za horyzontem, przez co bledną wszystkie kolory. Głęboka czerwień i żółć, które przykrywają wszystko wokół zostają zastąpione szarymi odcieniami. Wszystko wtedy słabnie, wiotczeje, świat staje się nieruchomy i okryty cieniem.
Zawsze ogarnia mnie wtedy dziwny chłód, poczucie zamknięcia i ograniczenia.
Patrząc teraz w stronę Sabaku no Gaary czułam się tak samo.
Nie miałam pojęcia, jak określić to, w jaki sposób się zmienił, ale wiedziałam, że nie byłam w stanie patrzeć na niego tak, jak wcześniej.
Nie był już tylko demonem. Był też bratem Sabaku no Kankuro.
Niby zawsze o tym wiedziałam. Byłam świadoma tego, że ta trójka jest rodzeństwem, ale… jakoś nigdy wcześniej nie myślałam o tym, jak ten fakt może wpływać na ich codzienne relacje. Wydawał się przez to bardziej… ludzki, choć wiedziałam, że musiało być to mylne odczucie.
Poczułam jak wzbiera się we mnie lekka frustracja.
Nie mogłam nazwać go potworem. Nie mogłam nazwać go człowiekiem… a teraz nie mogłam nawet nazwać go demonem.
-Y-Yuki wygląda, j-jakby s-się s-stresował.
Moja głowa poderwała się w stronę Hiroto. Jego zmartwiony wzrok wlepiony był w sylwetkę Soiro.
-M-Myślisz, ż-że nic m-mu n-nie będzie?
Wzruszyłam ramionami.
-To Yuki.
-P-Prawda.
I tak naprawdę nic więcej nie musiało być powiedziane. Yuki był Yuki’m. Jeśli któreś z nas miało poradzić sobie w tej sytuacji to był to on.
-O, hej, to wy z Piasku!
Obróciłam głowę w stronę dziewczęcego głosu. Ino Yamanaka szła przez rządek siedzeń w naszą stronę. Tuż za nią dreptała jej różowowłosa przyjaciółka… rywalka… nie miałam tak naprawdę pojęcia jak wygląda sytuacja między nimi. Szczerze mówiąc, to nie rozumiałam nawet sytuacji między nami- dlaczego Yamanaka wołała nas, jakbyśmy byli starymi znajomymi?
Kiwnęłam w jej stronę, mając nadzieję, że zakończy się jedynie na przelotnym spostrzeżeniu naszej obecności. Niestety… Ino zajęła puste miejsce tuż obok mojego.
-Znacie się?- zdziwiła się jej towarzyszka… Sakura Haruno?... gdy zajęła miejsce obok Ino.
Dziewczyna parsknęła śmiechem.
-Mieliśmy małą przygodę w restauracji.
Nagle blondynka spojrzała z konsternacją w stronę Gen’a.
-Dobrze się czujesz? Telepiesz się jak nie wiem.
Hiroto podskoczył w miejscu, spłoszony, niczym wystraszone zwierzątko w lesie. W jego oczach widniała kompletna pustka.
-Nie jest przyzwyczajony do takiej pogody.- mruknęłam szybko, wiedząc, że nie jest to dobra wymówka, ale jedyna jaką miałam poza „on już tak ma”.
Ino i tak zdawała się nie zwracać na to większej uwagi. Jej twarz rozbłysła momentalnie w wyrazie triumfu.
-Ha! Ty mówisz!- zawołała, wskazując na mnie palcem.- Zaczynałam wątpić.
-Nie bądź wredna, Ino-świnio!- skarciła ją Haruno, lecz przypuszczałam, że bardziej chodziło jej o nie przepuszczenie okazji do nazwania jej przyjaciółki „świnią”. Naprawdę nie rozumiałam ich relacji. 
-Nie wtrącaj się Wielko-czoła!- fuknęła na nią blondynka, po czym znowu zwróciła się do mnie i Hiroto.  
-W każdym bądź razie, musimy spiknąć tych dwóch mózgowców na kolejną partie szachów. Shikamaru był nawet trochę pod wrażeniem, a to się często nie zdarza. Jest wtedy mniej irytujący. Tylko będziemy musieli oddelegować gdzieś kogucika, bo on to już w ogóle…
Nie odrywałam wzroku od areny, nie chcąc aby dostrzegła moje uniesione w lekkim politowaniu brwi. Dlaczego czuła potrzebę, żeby ze mną rozmawiać? Z ninją z innej wioski?
Przez następne parę minut starałam się wyciszyć głos Ino najlepiej, jak potrafiłam. Starałam skupić się na obserwowaniu areny. Wychodziło mi nawet dobrze, dopóki dziewczyna nie zaniosła się dzwoniącym w uszach chichotem. Jej wysoki śmiech niemal odbijał się echem w mojej czaszce, przez co instynktownie zwróciłam się w jej stronę.
Nagle zauważyłam, że usta dziewczyny przestały się poruszać, a jej oczy wlepione są we mnie z oczekiwaniem. Mrugnęłam parę razy, odzyskując zmysły, lecz wciąż nie miałam pojęcia o czym przed chwilą mówiła. Widząc moją konsternację, Ino przewróciła oczami i powtórzyła zdanie:
-Pytałam czy jest w naszej wiosce ktoś kto ci się podoba?
Nie wiem, czy zwyczajnie mi się przesłyszało, ale mogłabym przysiąc, że jej głos był niemalże oskarżycielski. Musiało mi się też coś przewidzieć, bo byłam pewna, że zmrużyła podejrzliwie oczy.
Odpychając jej dziwne zachowanie na bok, pomyślałam nad jej pytaniem. Widziałam mnóstwo ludzi od czasu przybycia do Wioski Liścia, ale czy był wśród nich ktoś, kogo bym lubiła?
Nie, zdecydowanie nikt w tej wiosce nie przypadł mi do gustu.
Pokręciłam przecząco głową, na co Ino wyglądała na wyraźnie rozpromienioną. Zmarszczyłam nieco czoło w zdziwieniu. Myślałam, że może poczuć się nieco urażona moim wyraźnym brakiem zainteresowania członkami jej wioski.
-To w sumie dobrze, prawda? Wyobrażasz sobie, co by było zakochać się w kimś z innej wioski? Związki na odległość muszą być koszmarem! Nie móc być przy swojej ukochanej osobie przez cały czas? Gdyby mój Sasuke-kun nie mieszkał w Wiosce Liścia, to nie wiem co bym zrobiła!
Oh, ona pytała w tym sensie… no cóż, odpowiedź pozostawała taka sama. Moje oczy rozszerzyły się nieco w zrozumieniu, ale Ino tego nie dostrzegała. Była teraz zbyt zajęta opowiadaniem mi o „jej Sasuke-kun”. Nie potrafiłam wyobrazić sobie stoickiego, ponurego Sasuke Uchihy, którego pamiętałam z egzaminu, w związku z kimś takim jak Ino. Z jej radosnego uśmiechu, który gościł teraz na jej ustach wynikało jednak, że musieli być ze sobą bardzo szczęśliwi, więc nie mnie było to osądzać.
-Sasuke-kun nie jest twój, Ino-świnio!- odezwała się nagle Sakura, z wyraźną irytacją w głosie.
Przez chwilę patrzyłam na kłócące się dziewczyny z konsternacją. Ze strzępków informacji, jakie rzucały podczas rozmowy, musiałam wywnioskować, ze obie były w stałym, szczęśliwym związku z Sasuke Uchihą… Czy w Wiosce Liścia dozwolona była poligamia?
Zerknęłam w lekkim zdezorientowaniu w stronę Hiroto, myśląc, że może on coś z tego rozumie.
Zamrugałam zdziwiona, gdy ujrzałam wyraz jego twarzy.
Hiroto patrzył na Sakurę i Ino ze zeszklonymi od łez oczami. Malował się w nich smutek.
Dopiero po chwili zorientowałam się, o co chodziło. One rozmawiały tak beztrosko… zupełnie nieświadome tego, co miało nadejść.
Byłam pewna, że smutek pojawił się i w moich oczach, ale moje nie były zwrócone do Ino i Sakury. Patrzyłam na Hiroto. Małego, strachliwego Hiroto…
Ktoś go jest w stanie płakać dla swojego wroga nie powinien być wplątany w wojnę.
Przegryzłam nerwowo wargę, po czym stanowczo wbiłam wzrok przed siebie.
Już po chwili Naruto Uzumaki wleciał na arenę. Dosłownie.


***

-Zwycięzca, Naruto Uzumaki!
Przez dłuższą chwilę cała arena zamarła w bezruchu. Nie byłam w stanie wychwycić żadnego dźwięku, poza dudniącym głośno sercem w mojej klatce piersiowej.
W końcu, ludzie wydawali się wybudzić z transu.
Tłum zaczął szaleć, klaszcząc i skandując. Siedząca nieopodal Sakura zerwała się spontanicznie z miejsca i wołała radośnie imię Naruto. Najwyraźniej była pod wrażeniem. Atmosfera wokół się zmieniła, przeminęło napięcie. Pozytywne emocje zdawały się pulsować i falować w powietrzu.
Poczułam się nagle wyjątkowo zakłopotana.
Jakby wszyscy, poza mną, o czymś wiedzieli. Jakby umykał mi jakiś istotny szczegół. Wciąż nie mogłam pojąć co się tak naprawdę stało… Neji Hyuuga przegrał. Zawodnik, który według wszelkich praw logiki powinien był wygrać, leżał teraz na ziemi, nie mogąc się ruszyć.
Patrzyłam na radość, jaka rozpierała Naruto Uzumaki’ego- nie tylko z wygranej, ale jakby z tego, że udowodnił swoją rację. Jego entuzjazm i szeroki uśmiech wydawały się być zaraźliwe dla ludzi wokół niego.
Co gorsza, ja również zaczęłam odczuwać niewytłumaczalne ciepło rozlewające się gdzieś w klatce piersiowej.
Zmrużyłam oczy, przeklinając w duchu genina z Konohy.
Nie, nie zamierzałam odczuwać tego, co on. Nie tutaj, nie teraz. Wbiłam paznokcie w dłoń i skupiłam się wyłącznie na tym. Dziwne wrażenie słabło. Ból pomagał. Rozwarłam dłoń i ujrzałam cztery półksiężyce, powoli nabiegające krwią.
Wpatrzona w niewielkie rany, nie dostrzegłam nawet ruchu Hiroto, nim jego dłoń nie znalazła się na mojej.
Poderwałam głowę i spojrzałam na niego zdumiona. Jego brwi marszczyły się specyficznie, podkreślając troskę, która wyraźnie znajdowała się w jego oczach.
-Rei?
W tonie jego głosu zawierały się rzeczy, których same słowa nigdy by nie przekazały. Tylko jedno słowo, trzy litery…
Niezrozumiałe ciepło, które odczuwałam przed chwilą powróciło, lecz tym razem nie wywoływało we mnie niepokoju, czy irytacji. Tym razem wiedziałam dokładnie skąd tak naprawdę pochodzi…
Przesunęłam dłoń, aby móc ścisnąć dłoń Hiroto.
Po chwili zorientowałam się, że to działa lepiej, niż ból. Samo poczucie tego, że obok znajduje się druga osoba… ktoś kto dostrzega to, co się z tobą dzieje. Już nie czułam się zakłopotana.
Kiwnęłam w stronę Hiroto. Zwróciłam wzrok z powrotem na arenę, ale nie puściłam już jego dłoni.
Już niedługo wszystko miało się zmienić. Atak miał nastąpić już niebawem. Może tylko przez chwilę, przez parę minut, mogłam pozwolić sobie poczuć się choć odrobinę lepiej, zamiast odpychać od siebie wszelkie emocje?
Patrząc na Naruto Uzumaki’ego, pełnego energii, radości, wykonującego niestworzone piruety i podskoki, czułam jak kąciki moich ust drżą niespokojnie, chcąc powędrować w górę.

***

Walki pierwszego etapu minęły zdecydowanie za szybko. Nawet biorąc pod uwagę oczekiwanie na spóźnionego Sasukę Uchiha. Miałam wrażenie, jakby minęły zaledwie minuty od chwili, gdy Naruto Uzumaki i Neji Hyuuga stanęli w pojedynku naprzeciw siebie. Teraz na arenie znajdowali się już Uchiha i Sabaku no Gaara.
Zerknęłam w stronę tarasu, na którym stali pozostali zawodnicy. Wśród nich brakowało Yuki’ego. Rzuciłam spojrzenie w stronę Hiroto, który zbladł momentalnie, wiedząc co nadchodziło.
-Już czas.- mruknęłam pod nosem, tak cicho, że tylko on był w stanie mnie usłyszeć.  Gen wydał z siebie jakiś cienki jęk, ale podniósł się na równe nogi i wyszedł na schody, czołgając stopami, niczym człowiek idący na skazanie.
Podążyłam w ślad za nim. Rzuciłam jeszcze szybkie spojrzenie w stronę Ino i Sakury, gotowa dać jakąś krótką wymówkę, w razie gdyby spytały dokąd idziemy. Na szczęście obie były zbyt zaaferowane pojawieniem się Sasuke Uchihy, żeby dostrzec nasze zniknięcie.
Przełknęłam ślinę i ruszyłam przed siebie.
Szliśmy wyjątkowo powoli, ale nie zamierzałam zmieniać tempa. Wolałam odwlekać ten moment jak długo by się dało.
Yuki czekał już na nas w holu, oparty o ścianę w wydawać by się mogło, nonszalanckiej pozie. Widziałam jednak, że jego dłonie zaciśnięte były w pięści, kostki niemalże całkowicie białe.
-Gdy tylko dostaniemy sygnał, ruszamy pod prawą ścianę. I trzymamy się razem.
Nie musiał powtarzać nam tego dwa razy. Hiroto i tak trzymał się kurczowo materiału mojej bluzy i nie wyglądało na to, że ma zamiar puścić. Patrząc na to, jak dygocze od stóp do głów, wątpiłam czy w ogóle zdawał sobie sprawę z tego, co robi. Instynktownie przysuwał się też bliżej Yuki’ego, co sprawiało, że cała nasza trójka była ze sobą w pewien sposób złączona.
Nie miałam zamiaru przyznawać tego na głos, ale byłam przekonana, że tylko to utrzymuje mnie teraz na nogach, które były w tym momencie, jak z waty.
Soiro odchrząknął niezręcznie, wyraźnie nie wiedząc jak się dalej zachować.
-No, więc…goto..?
-C-Cieszę s-się, że H-Hatsuo-sensei z-zapisał nas n-na t-ten e-egzamin.
Spojrzałam na Hiroto, jak na wariata. Przez chwilę nie mogłam zarejestrować tak naprawdę tego, co powiedział, ale gdy już to zrobiłam, zaczęłam się poważnie martwić.
Czyżby strach już zupełnie poprzewracał mu w głowie?
Wymieniłam szybkie spojrzenie z Yuki’m. On również wyglądał na zaniepokojonego. Nim jednak którekolwiek z nas zdążyło zareagować, Hiroto odezwał się po raz kolejny, tym razem z niepewnym uśmiechem błąkającym się na jego ustach:
-B-Bo dzięki temu z-zostaliśmy p-przyjaciółmi.
Ze wszystkich zdań, jakie mógł teraz wypowiedzieć, tego spodziewałam się chyba najmniej. Przyjaciółmi? Hiroto postrzegał nas jako przyjaciół?
Yuki otworzył usta, ale już po chwili je zamknął, widocznie nie mogąc znaleźć odpowiednich słów. Dziwnie było obserwować takie zachowanie w wykonaniu kogoś innego, w szczególności, gdy kimś innym był Soiro. W końcu jednak na jego twarzy zagościł lekki uśmiech.
-Nie ma tego złego, co?
Zerknęłam w jego stronę z lekkim zdezorientowaniem. Yuki też uważał nas za przyjaciół?
Nie potrafiłam tego zrozumieć.
W tym momencie mogłabym zastanawiać się długo nad tym, jak zupełnie komiczne jest nazywanie nas przyjaciółmi, kiedy mamy ze sobą tak mało wspólnego. Tak bardzo stroniliśmy od swojego towarzystwa, że sensei musiał wpisać nam w harmonogram, że mamy spędzać razem czas! Mogłam podać masę logicznych argumentów, dlaczego bycie przyjaciółmi nie ma sensu i nie ma tak naprawdę większego znaczenia. Jak więzy międzyludzkie są tylko utrapieniem, zwykłą koniecznością, aby móc funkcjonować w społeczeństwie… jak nie sprowadzają nic, poza nieuniknionym rozczarowaniem…
Mogłam zrobić to wszystko, tyle że nie chciałam. Bo po cholerę, po co?
Być może byliśmy przyjaciółmi? Nie ważne, jak irracjonalne było to stwierdzenie, podniosło mnie na duchu. Jakie znaczenie miało to, że to nie miało najmniejszego sensu, skoro sprawiło, że byłam w stanie przywołać na twarzy lekki uśmiech, nawet teraz, w takiej sytuacji?
Teraz, w tym momencie- byliśmy przyjaciółmi.
Yuki wyciągnął dłoń przed siebie, w jego oczach pobłyskiwała determinacja, gdy spojrzał po nas niemalże wyzywająco. Już po chwili dłoń Hiroto leżała na tej jego, a wraz za nim powędrowała i moja.
Tym razem żadne z nas nie powiedziało nawet słowa. Nie było takiej potrzeby.
Wszyscy wiedzieliśmy.

***

Poczułam pod skórą napływy ciepła i drżenia. Nigdy wcześniej nie byłam tak świadoma chakry znajdującej się wokół mnie. Po raz pierwszy w życiu byłam otoczona przeciwnikami na wysokim poziomie, którzy nie ukrywali swoich rezerw mocy. Nie było takiej potrzeby, znaliśmy swoje położenia, znaliśmy swoje zamiary. Pozostawała nam już tylko walka.
Gdy w końcu znaleźliśmy się przed ścianą, na szczycie której znajdował się Kazekage, coś we mnie zamarło. Ninja Wioski Liścia stali teraz tuż naprzeciwko nas. Nic nas już nie odgradzało, byliśmy tylko my i oni.
Zerknęłam w stronę Hiroto- chłopak był blady jak ściana i trząsł się niekontrolowanie. Od razu poczułam lodowate ukłucie w sercu. Wyglądał tak bardzo nie na miejscu. Zupełnie nie pasował do tego, co się właśnie działo. Mały, niewinny, strachliwy Hiroto wrzucony w bezwzględną bitwę. To nie tak powinno być.
-Zejdźcie nam z drogi, dzieciaki, nikomu nie musi się stać krzywda.- zawołał jeden z shinobi Konohy. Jego głos brzmiał tak spokojnie, opanowanie. Jego wzrok wbity był w przerażoną sylwetkę Hiroto. Coś mignęło w spojrzeniu mężczyzny, jakby… smutek?
-Nie chcecie tego robić.- powiedział po chwili. To nie było pytanie, ale stwierdzenie.
Zamarłam. Jakaś racjonalna część mojego umysłu wiedziała, że powinnam wykorzystać ten moment do ataku, lecz nogi odmawiały mi posłuszeństwa. Ten człowiek miał rację, nie chciałam tego robić.
Tyle, że musiałam.
Wtem Yuki drgnął gwałtownie, jakby porażony prądem. Minął mnie w biegu i popędził w kierunku naszego wroga. Jego widok sprawił, że wreszcie się ruszyłam. Tak to przecież działało. Yuki wyznacza nam tempo, a my się dostosowujemy. Sytuacja była zupełnie inna, ale schemat pozostawał ten sam.
Odbiłam się z pięty i ruszyłam przed siebie. Zauważyłam, że Hiroto nie ruszał się z miejsca, ale może tak było nawet lepiej?
Zupełnie nie wiedziałam z jakim przeciwnikiem mam do czynienia. Jego rezerwy chakry były potężne, wyrazisty przepływ wskazywał na to, że było w nim coś nadzwyczajnego. Nie byłam jednak w stanie stwierdzić co.
Wyciągnęłam kunai i ścisnęłam go mocno w dłoni.
Wtem przez głowę przeleciała mi paraliżująca myśl. W co mam celować? To nie była zwykła potyczka to była prawdziwa bitwa, w której musieliśmy pokonać wroga, aby przeżyć… musieliśmy zabijać. Cios w ramię, czy nogę nic by tu nie zdziałał. Tu nie było sędziego, który na widok ledwo żyjącego przeciwnika zatrzyma pojedynek i ogłosi cię zwycięzcą. Tutaj zwycięża ten, kto przeżyje.
Musiałam celować w coś witalnego. Serce? Głowę? Czułam jak coś przewraca się w moim żołądku na samą myśl o tym.
Biegłam dalej przed siebie. Mój przeciwnik stał wciąż w bezruchu, czekając na mój atak. Poczułam napływ irytacji. Dlaczego nie reagował? Dlaczego nie atakował? Wtedy byłoby łatwiej. Mogłabym się bronić. Nie musiałabym podejmować tych wszystkich przerażających decyzji.
Moja dłoń była już parę centymetrów od celu. Zdecydowałam się na szyję, wydawała się najlepsza.
Rzuciłam krótkie spojrzenie na twarz mężczyzny i zamarłam. On był żywym człowiekiem, a ja chciałam go…
W ułamku sekundy zaryłam mocno stopą w ziemię. Zachwiałam się i zaparłam z całych sił, aby nie upaść. Wciągnęłam gwałtownie powietrze, lecz ze strachem czułam, jakby nie dochodziło do moich płuc. Łapałam wdech za wdechem, ale nic to nie dawało. Miałam wrażenie, że się duszę.
Chwyciłam za kołnierz mojej koszuli i pociągnęłam go w dół, odsłaniając szyję.
-Rei!- doszedł do mnie krzyk, jakby z oddali. Yuki?
Podniosłam nieco wzrok i od razu poczułam, jak coś przewraca się boleśnie w moim żołądku.
Widok, który ukazał się moim oczom był przerażający. Dziesiątki osób, z Wioski Piasku, Wioski Liścia, Wioski Dźwięku, leżeli lub siedzieli skuleni na ziemi, większość krwawiła. Niektórzy byli martwi. Wokół wielu wytworzyły się kałuże krwi.
Dlaczego dzisiejszy dzień musiał być słoneczny? Dlaczego nie mógł być pochmurny? Mrok odziera wszystko z kolorów. Krew wydawałaby się czarna, ledwo zauważalna.
Jakby w amoku rozejrzałam się dookoła.
Ci którzy wciąż walczyli, szarpali się za ramiona, wbijali noże w czyjeś ciała, zabijali się brutalnie. Zewsząd słychać było ten okropny dźwięk… dźwięk rozdzieranego materiału...i mięsa. Wszyscy bez wyjątku byli potworami. Gdzie nie spojrzałam, stał potwór. Nikt nie nosił już ludzkiej maski, nikt się nie chował. Każdy pokazywał dokładnie to kim jest. 
Obrazy zaczęły migotać mi przed oczami. Nie miałam pojęcia jakim cudem trzymałam się jeszcze na nogach. Miałam wrażenie jakbym straciła kontrole nad swoim ciałem.
Świat nie był już szary. Był czerwony. Soczyście czerwony, splamiony ich krwią.
Spojrzałam z przerażeniem na nóż w swojej dłoni, która drżała niekontrolowanie.
Czy ja właśnie… Czy miałam właśnie stać się potworem? Tylko parę sekund, a byłabym jedną z nich… też miałabym krew na swoich dłoniach.
Cofnęłam się gwałtownie.
Poczułam na szyi czyjś oddech, a już po chwili do moich uszu dobiegł brzdęk kunai’a. Strach wyzwolił porcję adrenaliny. Odsunęłam się do przodu i obróciłam w miejscu, stając twarzą w twarz z shinobi Wioski Liścia. Zrobiłam krok do tyłu, chcąc zwiększyć dystans między nami, lecz silna dłoń oplotła moje ramię. Wysunęłam nogę do przodu i wymierzyłam kopnięcie. Cios był celny, usłyszałam zduszony jęk, lecz uścisk dłoni na moim ramieniu wzmógł się jeszcze bardziej. Panika zaczęła uderzać mi do głowy, przez co ruchy stały się bardziej chaotyczne. Próbując desperacko wyrwać się z uścisku, straciłam równowagę i upadłam na wznak.
Shinobi Konohy stał nade mną z wyciągniętą bronią. Jego twarz zastygła w chłodnym wyrazie. Nie dawał znaku żadnych emocji.
Już sięgałam po nóż schowany w jednym z butów, gdy po raz kolejny, głośny krzyk Yuki’ego dotarł do moich uszu:
-Rei!
Dwa shurikeny mignęły w powietrzu, jeden z nich wbił się w szyję mężczyzny. Tylko jeden shuriken sprawił, że niewiarygodna ilość krwi zaczęła tryskać na wszystkie strony. Shinobi zatoczył się na drżących nogach, po czym runął na ziemię. Przez dłuższą chwilę, która zdawała się trwać godziny, miotał się jeszcze na ziemi, lecz z każdą sekundą jego ruchy stawały się wolniejsze, aż w końcu… całkiem ustały.
Teraz patrzyłam już na martwe ciało.
Uniosłam wzrok i spojrzałam na Yuki’ego. Dyszał ciężko, w dłoni wciąż trzymał dwa dodatkowe shurikeny. Jego wzrok wlepiony był w sylwetkę mężczyzny leżącego martwo na ziemi. Z przerażeniem patrzyłam jak świadomość tego, co się stało do niego dociera. Jego oczy rozszerzyły się w szoku, jego oddech stał się szybszy i płytki. Usta rozszerzyły się nieznacznie, a na jego twarzy zaczął pojawiać się wyraz prawdziwej rozpaczy.
Shurikeny wypadły mu z rąk i wylądowały na ziemi z głuchym brzdękiem.
Yuki Soiro zabił właśnie człowieka.
Wszystkie odgłosy bitwy, wszyscy ludzie wokół zdawali się zniknąć.
-Yuki?- spytałam wyjątkowo cienkim głosem.
Yuki patrzył z przerażeniem to na mnie, to na leżące obok ciało… to na broń leżącą na ziemi. W końcu wydał z siebie głośny krzyk. Patrzył jak zahipnotyzowany na swoje zakrwawione dłonie, ubrudzone wcześniejszą walka. Wydał z siebie kolejny krzyk, po czym zaczął wycierać je o swoje spodnie. Chcąc pozbyć się krwi.
-Yuki…
Mój głos brzmiał tak cicho, że nie byłam pewna, czy w ogóle mnie usłyszał. Wciąż tarł dłońmi o materiał, w coraz to bardziej chaotyczny sposób.
Zbierając w sobie resztki energii, podniosłam się z ziemi. Zrobiłam niepewny krok w jego stronę.
-Yuki, przestań…
Wszelki blask w jego oczach zaczął blednąć. Jego spojrzenie stawało się coraz bardziej zachłanne, coraz mniej ludzkie. Jakby Yuki Soiro znikał tu na moich oczach.
Nagle ogarnęła mnie niewyobrażalna panika, większa niż przed chwilą. Wyciągnęłam ręce i chwyciłam go za nadgarstki.
-PRZESTAŃ! STARCZY!- nie pamiętam kiedy ostatni raz mój głos brzmiał tak donośnie. Być może dlatego moje gardło od razu zaczęło boleć?
Yuki patrzył na mnie, jakby widział mnie po raz pierwszy w życiu. Sama czułam się w tym momencie, jak zupełnie inna osoba.
Kąciki oczu piekły mnie niemiłosiernie, dłonie zaciskały się z desperacją na nadgarstkach Yuki’ego.
-Przestań…
Dalsze słowa zamarły mi na ustach, gdy spojrzałam za ramię Soiro i dostrzegłam zbliżającego się shinobi.
Mierzył dwa metry i był pokaźnie zbudowany. Szedł w naszą stronę szybkim, energicznym krokiem, jego spojrzenie wlepione w nas z jakąś dziwną zwierzęcą żądzą. Jak drapieżnik zbliżający się do swojej ofiary.
W przeciągu jednego oddechu wyciągnął przed siebie pokaźny miecz.
Jakby w zwolnionym tempie patrzyłam jak napina mięśnie w ramionach i udzie. Jego ręka powędrowało do tyłu, wraz z mieczem. Przygotowywał się do zadania ciosu. Wiedziałam, co zaraz nastąpi. Wiedziałam, że nie będę w stanie zatrzymać kogoś takiego, jak ten mężczyzna. Yuki wciąż tkwił w bezruchu, z szeroko rozwartymi oczami.
Zupełnie nieświadomy zagrożenia.
Serce podeszło mi do gardła.
Nawet nie myśląc o tym, co robię, chwyciłam instynktownie za ramiona Yuki’ego i obróciłam go w miejscu, tak, żebym to ja znajdowała się na linii ataku. Popchnęłam go mocno do przodu. Zaskoczony nagłym ruchem, nie był w stanie utrzymać równowagi i poleciał na ziemię.
Stałam teraz plecami do przeciwnika.
Zacisnęłam mocno powieki. Serce dudniło mi nieokiełznanie. Czekałam na ból, który miał nadejść. Na moment, w którym zimna stał zetknie się z moim ciałem.
-NIE!
Przeraźliwy krzyk Yuki’ego zabrzmiał mi w uszach. Byłam pewna, że ból nadejdzie za moment… już za chwilę…
Ale nic się nie wydarzyło. Czułam jak zbierają się we mnie wątpliwości.
Czy to adrenalina uśmierzała ból? Nie, to nie mogło być… Nawet jeśli to przecież poczułabym…cokolwiek…
Bardzo ostrożnie obróciłam głowę, bojąc się tego, co zastanę. Drgnęłam niekontrolowanie na niespodziewany widok.
Nasz przeciwnik leżał na ziemi, miotając się z bólu, w dłoni ściskając swój krwawiący bok, w którym sterczał wbity kunai.
Zamrugałam zdumiona.
Czy to Yuki…? Nie, Yuki był tym, który krzyknął… kiedy znajdował się za mną… nie miałby czasu żeby….
Nagle poczułam, jak coś przesiąka powoli przez moje buty i dociera do odsłoniętych palców.
Spojrzałam w dół. Cały świat zdawał się zamrzeć w tym jednym momencie.
Ciało Hiroto Gen’a leżało u moich stóp. Miecz przeciwnika odrzucony gdzieś obok niego. Tors Hiroto był cały we krwi, a głowa opadała mu pod nienaturalnym kątem. Jego klatka piersiowa rozdarta. Wokół niego zaczęła zbierać się kałuża gęstej, czerwonej cieczy. Tylko twarz pozostała czysta, trupio blada, przez co kontrastowała jeszcze bardziej.
-O-On...- wyjąkał Yuki, który przyczołgał się koło niego, drżąc niekontrolowanie.- R-Rei…o-o-on…
Życie uchodziło z niego tak szybko, jak krew cieknąca strumykiem z jego rany.
On umierał.
Zachłysnęłam się głośno powietrzem, po czym opadłam bezwiednie na kolana, wprost na krew Hiroto. Poczułam jak dotyka mojej skóry. Ciepło cieczy momentalnie przyprawiło mnie o mdłości. Czy krew zawsze była tak ciepła? Nigdy wcześniej nie zwracałam na to uwagi…
Uniosłam drżące dłonie, lecz gdy na nie spojrzałam, wydawały się dziwnie mgliste, niewyraźne. Dopiero po paru mrugnięciach uświadomiłam sobie, że to przez łzy, które nie wiadomo kiedy nagromadziły się w moich oczach. Kiedy ostatni raz płakałam? Nie mogłam sobie przypomnieć…
Rozejrzałam się dookoła, mrugając zawzięcie, aby pozbyć się tych irytujących łez… tej irytującej mgły, ale nawet gdy mój widok był przejrzyście czysty, nie byłam w stanie rozpoznać swojego otoczenia. Nic nie wyglądało znajomo, wszystko było inne. Wszystko było nie tak, jak powinno.
Świat nie był już szary. Był czerwony. Wszystko było czerwone, wszystko było pełne krwi.
Ponownie spojrzałam na swoje dłonie. Były umazane czerwienią, krwią Hiroto.
I właśnie wtedy uświadomiłam sobie…

Tak wygląda świat widziany oczami potwora.